niedziela, 19 stycznia 2014

9.


Obudził go potworny ból głowy i suchość w ustach. Lekko uchylił powieki, ale szybko ponownie je zamknął, oślepiony promieniami słonecznymi, przedzierającymi się przez do połowy opuszczone żaluzje. Przez chwilę leżał bez ruchu, z dwoma palcami zaciśniętymi u nasady nosa. Przy każdym oddechu do jego nozdrzy docierał delikatny, kwiatowy zapach, którym przesiąknięta była cała poduszka.
Zaraz… przecież jego pościel na pewno nie pachniała w ten sposób.
Gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej, ignorując mocne łupanie w głowie. Szeroko otwartymi oczami rozejrzał się dookoła, kompletnie nie kojarząc pokoju, w którym najprawdopodobniej spędził ostatnią noc. Czuł się kompletnie skołowany. Wspomnienia ubiegłego wieczoru jakoś nie chciały nadejść, mimo, że usilnie starał się skupić myśli. Ostatnią chwilą, którą pamiętał, było pochłanianie kolejnego kieliszka wódki przy barze Gentle Red. Nadal mu to jednak nic nie mówiło, nie pamiętał, aby kogokolwiek wtedy poderwał. Z wielkim wysiłkiem wrócił pamięcią do kilku chwil wcześniej… Nick podający mu niewielką paczuszkę z jedną, białą pastylką… Uczucie zajebistej euforii… Znowu bar… I niebieskooka szatynka, tańcząca na parkiecie z jakimś wysokim blondynem.
- Kurwa mać – zaklął pod nosem, zaciskając mocno powieki. Miał ochotę mocno sobie przywalić.
Właściwie to nie wiedział, dlaczego ten widok tak bardzo mu przeszkadzał. Zapewne było to spowodowane działaniem tabletki, w inny sposób nie potrafił tego wyjaśnić. Jak przez mgłę pamiętał to uczucie przymusu, nakazujące mu podejść do tańczącej pary i brutalnie przeszkodzić. Za to wciąż niezwykle żywy i palący wydawał mu się dotyk nagiej skóry Darcy i sposób, w jaki reagowała na jego najmniejszy ruch.  Miał ochotę zrobić wtedy różne rzeczy. Ostatki świadomości jednak skutecznie go przed tym powstrzymywały, mimo wszystko… Nie było tak, że mu się nie podobało. Wręcz przeciwnie.
Po tej sytuacji, kiedy rozzłoszczona Mayer wróciła do swoich przyjaciół, a on poczuł nieodpartą chęć napicia się, co zresztą zrobił, nie pamiętał już niczego. Najwyraźniej biała pastylka działała z lekkim opóźnieniem, ale bardzo, bardzo skutecznie. Chyba bardziej, niż by tego chciał. Pustka w głowie powodowała frustrację, która jeszcze mocniej pogarszała samopoczucie i ból.
Powoli, jakby każdy ruch wywoływał cierpienie, postawił stopy na jasnych panelach. Zmętniałymi, zielonymi oczami powoli skanował pomieszczenie, chcąc dopasować wystrój do jakiejkolwiek znanej mu osoby. Było jasno, przestronnie i przytulnie. A chyba najbardziej charakterystyczny element stanowiło duże lustro, zajmujące niemalże całą ścianę po jego prawej stronie. Był tam także drążek. Z czymś mu się to kojarzyło, ale otępiały mózg nie miał nawet zamiaru przyswajać informacji.
Podniósł się powoli, zauważając swoją kurtkę i czapkę, leżące na jednym z krzeseł. Chciał stąd jak najszybciej wyjść, chociaż łóżko i prysznic jednocześnie niemalże go wołały. Nie mógł zostać tutaj ani chwili dłużej.
Chwycił swoje ubrania i w roztargnieniu założył rozrzucone buty, stojące niedaleko kanapy. Mieszkanie pogrążone było w ciszy, więc najprawdopodobniej jego właściciel… właścicielka jeszcze spała. Bardzo cicho przeszedł na korytarz, chcąc ulotnić się stąd jak najszybciej.
Zauważył, że jedne z drzwi są lekko uchylone. Jakiś impuls kazał mu się zatrzymać i zajrzeć przez szparę. Coś zmuszało go do sprawdzenia, u kogo właściwie się znajdował.
Sapnął cicho przez nos, gdy zauważył znajome, karmelowe włosy rozrzucone na poduszce. Nie kto inny, tylko Darcy leżała w łóżko, pogrążona w bardzo głębokim śnie. Była okryta kołdrą jedynie lekko powyżej pasa, więc mógł zauważyć większy fragment jej jasnego ciała. Palce chłopaka, do tej pory spokojnie spoczywające na framudze drzwi, teraz zbielały, gdy mocno je zacisnął. Kurwa. Ze wszystkich osób na świecie akurat ona musiała natknąć się na niego, gdy był kompletnie nawalony i… cokolwiek jeszcze. Nadal, kurwa, nic nie pamiętał. Nic. Miał ochotę krzyczeć i walić głową w ścianę, ale wiedział, że obydwie te rzeczy obudziłyby dziewczynę. A tego nie chciał. Jedyne, czego pragnął, to ulotnić się z mieszkania i udawać, że to wszystko nie miało miejsca. Cokolwiek… cokolwiek się wydarzyło.
Chociaż jakaś jego część chciała czegoś innego. I tej części zdecydowanie nie chciał posłuchać. Dlatego cicho zamknął za sobą drzwi mieszkania, modląc się, aby niczego nie usłyszała. Przez chwilę stał, nasłuchując, oparty plecami o drewnianą powłokę. Nic. Kompletna pustka, czarna dziura. Nie wiedział, w jakiej sytuacji go zastała. Widocznie musiało być z nim bardzo źle, skoro zdecydowała się przełamać niewątpliwą niechęć, jaką do niego czuła i go przenocować. Zastanawiał się, jak właściwie dotarł do jej domu i wszystkie opcje powodowały u niego jedynie cichy jęk zażenowania.
Złapał pierwszą taksówkę, jaka tylko się nawinęła. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dochodzi dziewiąta. Dopiero. To dlatego czuł się tak fatalnie. Zazwyczaj soboty spędzał, odsypiając gigantycznego kaca, którego oczywiście teraz miał. Oddałby życie za ciepłe łóżko, herbatę z cytryną i delikatne dłonie, przebiegające po jego włosach…
Właściwie nie wiedział, skąd mu się wzięło to ostatnie.
Kiedy taksówka się zatrzymała, nasunął – jak zwykle – kaptur głęboko na oczy, posiłkując się dodatkowo okularami przeciwsłonecznymi. Nie tylko ze względu na promienie słoneczne. Po prostu kurewsko źle znosił kontakt ze światłem po mocnej imprezie. Zapłacił kierowcy, wysiadając szybko. Pragnął tylko znaleźć się w swoim mieszkaniu.
Najwyraźniej jednak nie było mu to pisane. Nie tak łatwo.
Ponownie zaklął, widząc, kto opiera się o bramę. Podobnie jak on, był zakamuflowany, ale wszędzie rozpoznałby tę sylwetkę. Trzy lata spędzone razem robiły swoje. Zwłaszcza, gdy delikatnie uniósł okulary, ukazując poważne, niebieskie oczy, które niemalże zabijały swoim wyrazem. Harry przełknął głośno ślinę, biorąc kilka głębokich wdechów.
Naprawdę nie potrzebował, aby Louis Tomlinson bawił się w jego tatusia. Miał już dwóch, trzech to zdecydowanie tłok.
- Nie masz lepszych rzeczy do roboty? Nie wiem, robienia śniadania swojej dziewczynie albo… robienia jej czego innego? – zapytał drwiąco, gdy portier wpuścił ich na teren strzeżonego osiedla. Jego głos był szorstki i zachrypnięty jeszcze bardziej, niż zwykle. Desperacko potrzebował czegoś do picia.
- Nie interesuj się tym – warknął Tomlinson, idąc szybko za swoim przyjacielem. Był zmęczony i naprawdę zmartwiony – I tak zaraz wracam do siebie. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego, do kurwy nędzy, nie raczyłeś odebrać telefonu przez cały wieczór.
- Ponieważ byłem na imprezie – Harry spojrzał na Louisa, który ściągnął z głowy kaptur, gdy tylko znaleźli się przy drzwiach frontowych. – Wybacz, ale nie miałem czasu ani ochoty na trzymanie się kurczowo komórki.
- Kurwa, Harry – Louis odetchnął głęboko, zaciskając mocno powieki, jak gdyby starał się uspokoić – Nie rozumiesz, że się o ciebie martwię? Co ty właściwie ze sobą robisz? Ciągle jakieś imprezy, picie… Dragi…
Styles z wściekłością złapał Louisa za nadgarstek i przyparł go mocno do muru.
- Powiedziałem ci, żebyś przestał się martwić, do cholery – warknął, kiedy Tomlinson mrugał szybko, uciekając przed kolejnymi falami bólu, nadchodzącymi z dolnych partii ręki – Daję sobie radę, słyszysz? Jest okej. Niczego nie biorę, nad wszystkim panuję.
- Po pierwsze, puść mnie – Tommo wyszarpnął się z uścisku, mając ochotę uderzyć swojego głupiego, młodego przyjaciela, który kłamał w żywe oczy – Po drugie – nie panujesz, nie jestem idiotą. Gówno mnie obchodzi, czy życzysz sobie mojej troski, czy nie. Będę cię sprawdzał, będę zachowywał się jak wkurwiający ojciec, bo ty zachowujesz się jak gówniarz.
- Powodzenia, Loueh – mruknął Harry, unosząc kąciki ust w ironicznym grymasie.
Tomlinson zbliżył się do niego, z wyciągniętym palcem wskazującym, którym chwilę później dźgnął zielonookiego w klatkę piersiową.
- Pierdol się, Harreh – warknął – Aha, i jeszcze jedno. Dzisiaj wieczorem zabieram cię do siebie. Jeśli gdzieś wyjdziesz – nie tak trudno jest nas złapać, prawda? Jesteśmy pieprzonymi gwiazdami.
Po tych słowach odepchnął się od ściany i odszedł, pozostawiając swojego młodszego przyjaciela z burzą czekoladowych loczków na głowie w stanie permanentnego wkurwienia. Doskonale wiedział, że tym razem Tomlinson wygra. Musiał się poddać, przynajmniej na jeden cholerny wieczór.
Kiedy jednak stał pod prysznicem, a ciepłe strumienie wody spływały mu po ciele, myślał o dotyku małych, jasnych dłoni. Czuł je na swojej twarzy i we włosach. Nie wiedział, skąd mu się wzięło to dziwne wspomnienie. Jednego był pewien – tak cholernie chciał to powtórzyć.

***

Nie było go. Po prostu sobie, kurwa, wyszedł. Nie zostawił żadnej wiadomości, żadnego prostego „dziękuję”. Nic. Jedynym dowodem na jego obecność był intensywny, piżmowy zapach na poduszce. Darcy bardzo rzadko przeklinała. Ale były chwile, kiedy złość osiągała taki poziom, że mogła ją wyrazić tylko wulgarnymi słowami. Dlatego teraz biegała po mieszkaniu z kąta w kąt, usiłując znaleźć jakikolwiek inny ślad po nim i przeklinała pod nosem.
- Pieprzony kutas – warczała, na oślep wrzucając pościel do szafy. Miała to gdzieś. Chciała, aby jego zapach ulotnił się z mieszkania, ale to było cholernie trudne – Niech się tylko pokaże, kurwa mać. Niech się tylko pokaże.
Jakiś uparty głosik z tyłu głowy podpowiadał jej jednak, że mogła się spodziewać czegoś takiego. To był Harry. Wiedziała, że nawet w stanie kompletnego zamroczenia alkoholem… używkami wstydził się swojego zachowania. Dlatego tym bardziej teraz, kiedy względnie wytrzeźwiał, będzie chciał udawać, że nic się nie stało. To jednak nie pomagało. Czuła się wykorzystana. I tylko te przekleństwa powstrzymywały ją od wybuchnięcia płaczem. Nienawidziła u siebie tej cechy – łzy lały się zawsze, gdy wściekłość osiągała apogeum.
Z amoku wyrwał ją dopiero dzwonek do drzwi. Przez chwilę zastanawiała się, kto to właściwie może być, ale zaraz potem wróciła jej pamięć, gdy tylko zerknęła na telefon, leżący na szafce w korytarzu. Wiedziała, że po raz kolejny w jego obecności będzie wyglądała fatalnie – ledwo zdążyła wziąć prysznic i się przebrać – ale to był Liam. Widział ją już w znacznie gorszym stanie.
Powitał ją z szerokim uśmiechem, dwoma kubkami kawy ze Starbucksa i papierową torbą, z której dolatywały smakowite zapachy. Na sam ten widok humor poprawiał się o jakieś pięćdziesiąt procent.
- Pomyślałem, że umierasz – stwierdził, całując ją lekko w policzek i od razu kierując się do kuchni – więc przyniosłem coś dobrego.
- Jakbyś zgadł – mruknęła, przecierając oczy. Gdy tylko odsunęła dłonie od twarzy, zauważyła przenikliwe spojrzenie Liama, opierającego się łokciami o blat wysepki.
- Wszystko w porządku? – zapytał poważnie, a ona modliła się, aby widział tylko zmęczenie, nie permanentne wkurwienie i… może też trochę rozczarowania – Wyglądasz… nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała, ale… nie najlepiej.
- Dzięki – skrzywiła się Darcy – Po prostu jestem zmęczona. Trochę wypiłam, dużo tańczyłam… Sam rozumiesz.
- Poznałaś fajnych ludzi? – zapytał Payne, zajęty wyjmowaniem śniadania z torby – No wiesz, z roku?
- Jasne! – Darcy zawołała entuzjastycznie, starając się wybić z głowy wspomnienie dużych dłoni Harry’ego, leniwie przesuwających się po jej talii – Leigh… ale o niej ci już opowiadałam, poznałyśmy się w dziekanacie… Clarissę, jest baletnicą… och, i jeszcze George’a.
- George’a? – głos Liama stał się jakiś grubszy, ale nie mogła dostrzec jego wyrazu twarzy. Pochylił głowę, nagle bardzo skrupulatnie zajmując się układaniem rogalików na talerzu.
- Um… tak, George’a – powiedziała Darcy powoli, tknięta dziwnym uczuciem – Kolega z roku, przyszedł z Leigh. A… czemu właściwie cię to dziwi?
- Nie dziwi mnie. Jakiś… fajny? – czyżby jej najlepszy przyjaciel był zazdrosny?
Chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Mayer, nie namyślając się dłużej, okrążyła wysepkę i podeszła do Liama, obejmując go od tyłu. W chwili, kiedy jej dłonie dotknęły klatki piersiowej chłopaka, poczuła, jak lekko się rozluźnia i cicho wzdycha.
- Fajny – przytaknęła cicho, chcąc przekłuć tę nadmuchaną, sztywną atmosferę – Ale… no wiesz, znam kilku fajniejszych gości. Na przykład takiego jednego, który przynosi skacowanej przyjaciółce pyszną kawę w sobotę rano. Tak tylko mówię.
Poczuła, jak pierś chłopaka drży, gdy śmiał się cicho i kręcił głową. Wyciągnęła dłoń zza jego pleców i złapała rogalika. Smak brzoskwiniowej marmolady na języku rozpuścił smutek, który jeszcze do niedawna czuła. A Liam… znowu się ożywił. Kiedy zajęła swoje miejsce po drugiej stronie wysepki, w kącikach jego oczu gościły zmarszczki od szerokiego uśmiechu. Darcy odepchnęła od siebie dziwne myśli na temat wcześniejszej relacji przyjaciela i upiła łyk kawy.
- Tak w ogóle – odezwał się znowu – mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
Darcy uniosła brew, zachęcając go do mówienia.
- W przyszłą sobotę robimy małe spotkanie, wiesz, całą paczką. Louis i Eleanor mają rocznicę i chcieliby, żebyś się pojawiła. Ze mną.
- Hm… - Mayer zarumieniła się lekko, zwłaszcza na ton, jakim Payne wypowiedział ostatnie słowa – Nie wiem… nie wiem, czy mogę się zaliczać do tej paczki.
- Oczywiście! – Liam spojrzał na nią prawie jak na wariatkę – Eleanor od razu zaznaczyła, że albo przychodzę z tobą, albo mogę zostać w domu.
- W takim razie chyba nie mogę powiedzieć nie, prawda? – roześmiała się Darcy.
I dopiero po chwili zdała sobie sprawę, kogo właściwie obejmuje tak zwana paczka.
Boże.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz