Czarne grudy ziemi, odbijające się z głuchym odgłosem od wieka dębowej trumny, uświadamiały mu coraz boleśniej, że odeszła. Dziwna pustka, która pojawiła się w jego duszy tamtego dnia, teraz urosła do monstrualnych rozmiarów. I stale się powiększała, pożerając wszystko, co napotkała na swojej drodze. Jakiekolwiek uczucia, które mu jeszcze pozostały. Każde dobre wspomnienie. Wszystko to zostało zastąpione przez bolesną pewność, że jest samotny. Samotny jak nigdy przedtem. Nie potrafił już nawet płakać. Łzy dawno wyschły, osuszając jego zaczerwienione, podkrążone oczy. Był w stanie tylko stać na tym upiornym zimnie, w czarnym płaszczu i z gołą głową, pustym wzrokiem przesuwając po zgromadzonych ludziach. Przybyli wszyscy, którzy cokolwiek dla niej znaczyli. Jego ojciec, właśnie odchodzący od wykopanego grobu. Przed chwilą wrzucił tam bukiet czerwonych róż, drżącą ręką. Dłonie Harry’ego były zaskakująco spokojne. Tak, jakby całe ciało opanowała ta cholerna niemoc, przez którą wyglądasz jak szmaciana lalka, bez własnej woli i emocji. Przez chwilę patrzył na nie z niedowierzaniem – duże, blade o tej porze roku, zakończone długimi, szczupłymi palcami. Niemożliwe, żeby był aż tak spokojny. Tak, jakby sam powoli umierał. Patrzył, jak Des podchodzi do Gemmy i troskliwie obejmuje ją ramieniem. Jego siostra płakała cały czas. Dwadzieścia cztery cholerne godziny na dobę. Ciągle słyszał jej szloch, który doprowadzał go do skraju wytrzymałości. Kiedyś pobiegłby od razu do pokoju Gemmy i mocno przytulił, mimo, że sam czułby ból rozrywający od środka. Teraz… teraz wszystko się zmieniło. „Jak mogło cię tutaj nie być, Harry? Jak mogłeś siedzieć w pieprzonej Japonii, kiedy ona umierała? Nie obchodzi mnie, że nie miałeś pojęcia. Nie obchodzi mnie to! Co z ciebie za syn, do cholery?” Dokładnie tak mu powiedziała, kiedy tylko stanął w progu kuchni, z niewielką torbą zwisającą z ramienia i byle jakim ubraniem, włożonym w pośpiechu. Dokładnie w ten sposób go przywitała. A teraz stała wtulona w bok ojca, nawet nie zaszczycając Harry’ego spojrzeniem. Zdawał sobie sprawę z tego, że wypowiedziała te wszystkie słowa w emocjach, które zresztą nadal nią targały. Des i Robin potraktowali go łagodniej, wykazawszy się znacznie większą trzeźwością umysłu. Nie mógł przewidzieć, że Anne wsiądzie do samochodu tego feralnego wieczora. Nie mógł przewidzieć, że tamten chuj wjedzie z pełną prędkością w bok jej samochodu, zabijając na miejscu. Niczego nie mógł przewidzieć. A chciałby. Przeniósł wzrok na swojego ojczyma, stojącego w lekkim oddaleniu. Okulary na jego nosie kompletnie się przekrzywiły, wyglądał jak wrak człowieka. Jak oni wszyscy. Harry zdawał sobie sprawę z obecności fotoreporterów, którzy najchętniej wpadliby na ceremonię odprowadzenia ciała. Prośby ich rzecznika prasowego o uszanowanie cierpienia rodziny na nic się nie zdały. Gówno rozumieli. Miał ochotę udusić ich wszystkich gołymi rękami. Wiedział, że jego przyjaciela twardo stoją z tyłu, trzymając rękę na pulsie. Mógł sobie nawet wyobrazić ich myśli w tym momencie. Liam zapewne obserwował go uważnie, czuły na każdy, nawet najmniejszy ruch młodszego przyjaciela, zwiastujący niebezpieczeństwo. Zayn w roztargnieniu przytulał zapłakaną Perrie, ale cały czas miał na niego oko. Niall… Niall sam rozpaczał, jakby chodziło co najmniej o jego matkę. Boże, nie powinien być tak podły. Oni naprawdę się z nią zżyli. Tylko, że teraz miał to naprawdę głęboko gdzieś. A Louis… jego najlepszy przyjaciel Louis stał teraz z zaciśniętą do bólu szczęką, powstrzymując się od podejścia i poklepania go po plecach. On jako jedyny pozostał bliżej, gotowy do poskramiania cierpienia młodszego chłopaka. Nie potrzebował tego. Tak naprawdę, chciał być teraz sam zupełnie sam. Gdyby nie Louise, która pomogła mu się przygotować, wyszedłby w pierwszej lepszej koszuli i byle jakich spodniach. Dokładnie w takim był stanie. Ona jednak jakoś poskromiła jego wściekłość i bezradność, spokojnie wykonując swoją pracę. Takim sposobem znalazł się tutaj, ubrany w czarne dżinsy, swoje ulubione buty i ciemny płaszcz. Zapomniał jednak o czapce. Pieprzonej czapce. Teraz jego włosy zapewne wyglądały jak po przejściu huraganu, rozwiany na wszystkie strony w ten głupi, uroczy sposób, przyprawiający tyle fanek o palpitacje serca. W tej chwili ich nienawidził. Nienawidził każdego cholernego szczegółu swojego życia. Głos pastora, stojącego u stóp grobu, wdarł się gwałtownie do jego uszu, niemalże pozbawiając tchu: - Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać Anne Styles, cudowną matkę, wspaniałą żonę i przyjaciółkę. Niesamowitą kobietę, która poświęciła… Usta Harry’ego wykrzywiły się w cynicznym uśmiechu, przepełnionym bólem. Miał ochotę podejść do tego nadętego klechy, wydrzeć mu z dłoni kartkę z formułką, którą czytał zapewne przy wszystkich takich uroczystościach, zamieniając tylko imię. Nic o niej nie wiedział. Nie miał pojęcia, kim była. Jak ważną rolę odegrała w życiu Harry’ego. Nie miał pieprzonego pojęcia. Nie widział, jak go pocieszała podczas nieudanych prób żonglowania kilkoma piłeczkami na raz, na samym początku. Nie widział, jak odwiedzała go w piekarni, w trakcie wyjątkowo tłocznych i męczących zmian, kiedy padał na twarz, ale musiał stać za ladą, z wykończonym, lekko sztucznym już uśmiechem. Zawsze przynosiła mu ulubione kanapki, mimo, że to pracował w pieprzonej piekarni. Nie widział, jak nieśmiało, ale stanowczo podsunęła mu formularz zgłoszeniowy do X-Factora, wypowiadając słowa, które zmieniły jego życie na zawsze. Spróbuj Harry. Nie masz nic do stracenia, a możesz zyskać wszystko. I miała rację. Jak zwykle. Tylko, że teraz to wszystko nie miało znaczenia. Ponieważ jej już nie było. Osoby, która jakoś ściągała go na ziemię, kiedy wariował, oszołomiony sławą i stanem swojego konta. Do 2010 roku zasilanego zresztą tylko przez drobną pensję z piekarni. Osoby, która za każdym razem, gdy wracał do domu, podawała mu gorącą czekoladę, jak gdyby właśnie pojawił się po szkolnych zajęciach, a nie po ogromnej trasie koncertowej. To wszystko, te drobne zwyczajne rzeczy sprawiały, że nie stracił kontaktu z dawnym ja. A teraz? Co właściwie miało być teraz? Wiedział, że ma wokół siebie przyjaciół. Tylko, że… nie mógł już znieść tych współczujących spojrzeń czy chociażby prób udawania, że jest normalnie. Wszystkie te zachowania go irytowały. Nie chciał litości i poklepywania po ramieniu. Nie chciał też przejść nad tym do porządku dziennego. Nie umiał żyć dalej, ale nie wyobrażał sobie dłużej tkwić w tym miejscu. Niewyobrażalny paradoks, prawda? Czuł, że jeśli jeszcze dłużej będzie stał w tym miejscu, to wybuchnie. Długie godziny spędził, czuwając nad jej trumną. Nie umiał już dłużej, nie w tym cholernym tłumie. Włożywszy, a właściwie na siłę wcisnąwszy zwinięte w pięści dłonie do kieszeni płaszcza, odwrócił się na pięcie. Napotkał nieco zdezorientowane spojrzenia swoich przyjaciół z zespołu i ich partnerek, ale zignorował to wszystko. Skłonił głowę w dół, wbijając wzrok w ziemię i zaczął przedzierać się przez tłum żałobników, nie reagując na ciche nawoływania i wścibskie oczy, które go odprowadzały. Oczywiście, od razu ruszyło za nim co najmniej pięciu ochroniarzy. Jak zawsze. Wiedział, że wśród nich znajduje się Preston, z którym miał najlepszy kontakt. Każda bliska osoba działała na niego teraz jak płachta na byka. Dopiero, kiedy wyszedł na pustą przestrzeń, oddzielającą grono zebranych od bramy cmentarza, odetchnął głębiej. Tylko na chwilę. Jego brwi zmarszczyły się gniewnie, gdy tylko usłyszał szum dobiegający z ulicy. Doskonale wiedział, skąd się bierze. Paparazzi, jak chmara brzęczących owadów, tłoczyła się pod cmentarzem, oczekując jakiejkolwiek sensacji. Zacisnął dłonie w pięści jeszcze mocniej, czując jak wbija sobie paznokcie w skórę. - Harry! Przystanął niemal od razu, rozpoznając ten głos. Wzbudzał w nim jednocześnie czułość i wielką agresję. Nie powinna była obwiniać go za to wszystko. Odwrócił się powoli twarzą do Gemmy, która szła szybkim krokiem pod górę, zbliżając się coraz bardziej. Uniósł pytająco brwi, konfrontując się z jej gniewnym spojrzeniem.
- Co ty robisz? – wysyczała, stając w niewielkiej odległości od niego – Dokąd idziesz?
- Wracam do Londynu – odparł, starając się powstrzymać wzruszenie ramionami. Chociaż chciał zranić ją tak, jak ona zraniła jego. Od razu, dokładnie pięć cholernych minut po powrocie z Japonii. – Nic tu po mnie… jak widać.
- Pogrzeb się jeszcze nie skończył – warknęła mało przekonująco. Widział poczucie winy w jej oczach, ale nie potrafił wybaczyć. Nie teraz. Zwłaszcza, że w trakcie jego pobytu w Holmes Chapel usłyszał jeszcze wiele takich słów – Musisz zostać. To była twoja matka.
Gniewnym ruchem uniósł dłoń i odgarnął loki wchodzące mu uporczywie do oczu.
- Wiem, nie musisz mi o tym przypominać za każdym cholernym razem – odparł, tłumiąc niepowstrzymaną złość – Cały wczorajszy dzień spędziłem… spędziłem z nią. Więc daj mi teraz, kurwa, spokojnie odjechać. Chociaż tyle.
Nie czekał nawet na odpowiedź. Po prostu odwrócił się i odszedł, zanim reszta chłopaków zdążyła przedrzeć się przez tłum i go dogonić. Niepostrzeżenie zbliżyło się do niego dwóch ochroniarzy. Wiedział, co się za chwilę stanie. Dlatego też wyjął z kieszeni swoje ciemne Ray-bany, nie chcąc, aby ktokolwiek zobaczył wyraz jego oczu. Wszystko wyglądało tak, jak zwykle. Tłum napierających ciał, krzyżowy ogień irytujących pytań, na które nie zamierzał odpowiadać. Wymamrotał tylko: - Proszę, uszanujcie ból mój i mojej rodziny. To wszystko. Bez komentarza. Czas, w którym przedzierał się do samochodu, zdawał się upływać bez końca. Czuł nieznośne gorąco, uporczywą pustkę i ponownie narastającą agresję. Wiedział, że Preston to zauważył, bo poczuł jego ogromną rękę na swoim ramieniu, pchającą go zdecydowanie do samochodu. Kiedy drugi ochroniarz zwinnym gestem odsunął ciężkie drzwi, mógł schronić się w środku, pachnącym skórą i ulubionymi perfumami Stylesa. Preston wskoczył na przednie siedzenie pasażera, a samochód ruszył niemal od razu, grążąc stratowaniem każdego, zbyt zdesperowanego fotoreportera. Kiedy tylko znaleźli się w większym oddaleniu, Harry zdjął okulary i przetarł dłonią zmęczone oczy. Odchylił głowę do tyłu, opierając ją o zagłówek z cichym westchnieniem. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie wyobrażał sobie powrotu do pustego mieszkania, a jednak wiedział, że właśnie tam musi wrócić.
- Wszystko w porządku, Haz? – głowa Prestona pojawiła się między przednimi siedzeniami, gdy obrzucał go zatroskanym spojrzeniem- Dokąd jedziemy?
- Tak, zajebiście, stary – odparł z gorzką ironią – Do mnie. I proszę, zostawcie mnie tam samego, dobra?
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. – stwierdził ochroniarz, wyjątkowo nieprzekonany – W obecnej sytuacji…
- W obecnej sytuacji, Prest – przerwał mu Harry, cedząc każde słowo głosem napiętym od gniewu – chcę być po prostu sam. A mówiąc sam, mam na myśli dokładnie to, co słyszysz.
Mężczyzna uniósł dłonie w geście kapitulacji. Zdawał sobie sprawę, że nic tutaj nie ugra. Obowiązki ochroniarza przyprawiały go o wyrzuty sumienia, ale z drugiej strony… jak sam zachowałby się w takiej sytuacji? Wolał o tym nawet nie myśleć. Po prostu… sobie tego nie wyobrażał.
- Dobra, jak wolisz. Ale gdyby coś się działo… dzwoń, okej?
- Tak, jasne – odparł znudzonym tonem Harry. Na pewno to zrobi. Na sto procent.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz