środa, 12 lutego 2014

14.

I nie spodziewajcie się, że sytuacja Darcy i Harry'ego tak szybko się rozwiąże - jeszcze trochę pomęczą i siebie, i Was :D <demoniczny śmiech>


Nie widział jej tydzień. Cały pieprzony tydzień. Nie wiedział, jak właściwie było to możliwe. Mieli tych samych cholernych znajomych, z którymi spotykali się momentami aż za często. Zawsze umiała znaleźć wymówkę, aby nie wylądowywać w jego towarzystwie na więcej niż pięć minut. Kiedy już, jakimś cudem, to się stało, uciekała wzrokiem, a jej twarz wykrzywiało poczucie winy. Dokładnie to. Cholerne poczucie winy.
Frustracja narastała w nim stopniowo, dzień za dniem. Nie wiedział, dlaczego właściwie ma taki problem. Spotykał wcześniej wiele innych dziewczyn, całował się z podobną ilością i jakoś umiał przejść nad tym do porządku dziennego. Z Darcy… wszystko wyglądało inaczej, od samego początku. Jednocześnie irytowała go, doprowadzała do szewskiej pasji i cholernie pociągała. Tak bardzo, że tamten pocałunek był dopiero niewielkim kamyczkiem, który wywołał całą lawinę. Tak, dokładnie tak trzeba było to nazwać.
Naprawdę starał się pozostawać w jakiejkolwiek równowadze. Nie uderzyć najbliżej stojącej osoby. Naprawdę się starał. Codziennie rano wstawał o określonej porze, szedł do studia, by nagrać kolejny kawałek, ignorował potrzebę wyładowywania agresji, wracał do domu i znajdował sobie jakieś zajęcie na wieczór.
Ale kiedyś… kiedyś musiał wrócić. Położyć się do łóżka, zamknąć oczy, a wtedy… wtedy znowu miał ten obraz przed oczami. Już nie tylko jej twarzy, to wydawało się teraz tak cholernie proste. Nie. Przed jego oczami, niczym w zwolnionym tempie, przesuwały się kolejno sceny z pokoju gościnnego w domu Louisa. Jej usta. Ciepły oddech owiewający jego obojczyki, gdy pochylał się, aby złączyć ich wargi. Smak i fakturę jej ust, gdy wreszcie zrobił to, czego tak bardzo pragnął. Na początku kierował się wyłącznie potrzebą przerwania potoku mądrości, jakie z niej wypływały. Była tak cholernie empatyczna. Ale potem… potem nie chodziło tylko o to. Chciał zatrzymać ten moment i czerpać z niego pełnymi garściami. Jeszcze raz. I kolejny. I właśnie to sprawiało, że każdej nocy kończył, samodzielnie się zaspokajając i dochodząc z krótkim jękiem w pustym łóżku. Nienawidził tego, ale za każdym razem, kiedy jego dłoń obejmowała naprężonego członka, czuł przynajmniej namiastkę ulgi. A potem wszystko zaczynało się od początku, niczym błędne koło. Zaczynał wariować, był tego pewien.
I jeszcze Louis, który nieustannie wodził za nim spojrzeniem, nic nie mówiąc. To było nawet gorsze od wiecznego wymądrzania się. Wtedy przynajmniej mógł go jakoś zgasić, cokolwiek, ale teraz? Co właściwie miał powiedzieć? „Stary, przestań się na mnie gapić, do cholery?”. Wtedy nie tylko on myślałby o sobie w kategorii kompletnego świra.
Z Liamem także prawie się nie widywał, nie mówiąc już o spokojnej rozmowie. Wiedział, że Payne nie jest świadomy powodów jego nastroju, przynajmniej nie w całości. Najczęściej wieczory spędzał z Darcy i jej znajomymi z uczelni, a jeśli przychodził już na spotkania zespołu, to sam. Ponieważ jego przyjaciółka była „bardzo zajęta”. Tak, Harry wiedział, co zabierało jej tyle cennego czasu. Unikanie go.
Dlatego dzisiaj, czując, że jego frustracja zaczyna osiągać poziom krytyczny, zdecydował się na najstarsze w świecie rozwiązanie. Jakimś cudem wyciągnął Nialla, jedynego oprócz niego niesparowanego członka One Direction, do klubu. Miał zamiar napić się i wyrwać jakąś dziewczynę, żeby zapomnieć. Skoro nie może rozwiązać tej sytuacji w inny sposób… będzie musiał po prostu odpuścić i wrócić do starych zwyczajów.
I w taki oto sposób znalazł się w jednym z podrzędnych klubów, gdzie prawdopodobieństwo spotkania światowej gwiazdy było tak niewielkie, że od lat nie zagościł tu ani jeden wóz dziennikarski. Siedząc na skórzanej kanapie i sącząc drinka, obserwował uważnie ludzi zgromadzonych na parkiecie. Niall zniknął już jakąś godzinę temu, beztrosko porzucając przyjaciela w towarzystwie rozchichotanej brunetki. Harry mógł tylko domyślać się, dokąd poszli. Z trudem powstrzymał się od wywrócenia oczami i duszkiem dopił resztę alkoholu. Ognista ciecz powoli rozpłynęła się po jego żyłach, dając cudowne poczucie odprężenia.
I wtedy właśnie podeszła ta dziewczyna.
Nie była może wybitnie piękna, ale też nie odrażająca. Ponętnie kręciła biodrami, ubrana wyjątkowo skąpo. Harry odruchowo wyprostował się, a z jego gardła wydobyło głębokie mruknięcie. Właśnie tego teraz potrzebował.
I była tak bardzo bezpośrednia. Przygryzając pełną, uszminkowaną wargę, bezceremonialnie usiadła mu na kolanach, ręce zaplatając wokół szyi. Czuł woń alkoholu i wiedział, że pójdzie naprawdę prosto. Przysunął się lekko, nosem trącając skórę w zagłębieniu jej szyi.
- Nie powinieneś siedzieć tutaj tak zupełnie sam – mruknęła, zdejmując jedną dłoń z jego karku i przesuwając nią po rozporku. W odpowiedzi pojawiło się tam niewielkie wybrzuszenie, a nawet Harry był zaskoczony, jak łatwo mu to przychodzi. Jedynym problemem była tylko ta cholerna twarz Darcy przed oczami, ale przecież zniknie, prawda?
- Dlaczego nie? – odpowiedział retorycznie, kładąc swoje dłonie na jej biodrach i lekko zaciskając – Poza tym już nie jestem sam. I mam nadzieję, że to się nie zmieni.
- Och, zdecydowanie nie. – powiedziała zmysłowo, co w odczuciu Harry’ego było nieco kiczowate, ale postanowił puścić to w niepamięć. Nachyliła się mocno i wyszeptała mu do ucha, pieszcząc wargami małżowinę – Mieszkam dosłownie piętro wyżej. Skorzystasz?
Mocniejsze zaciśnięcie palców na materiale bluzki miało być odpowiedzią. Bez słowa wstała z jego kolan i pociągnęła za rękę. Dał się poprowadzić, nie wiedząc, czy będzie tego później żałował.
To wszystko było… zbyt proste. Zbyt łatwo przecisnęli się przez klub w kierunku wyjścia, nie zwracając na siebie uwagi. Zbyt łatwo dostali się na pierwsze piętro, na ostatnich stopniach zachłannie całując. Zbyt łatwo wtargnęli do jej mieszkania, potrącając przedmioty, które stanęły im na przeszkodzie, gdy nieznajoma dziewczyna umiejętnie kierowała ich do swojej sypialni. Zbyt łatwo pozbył się jej skąpych ciuchów, a ona zbyt łatwo opadła na kolana, aby go zadowolić. Ta myśl, poza niewątpliwą przyjemnością rozpierającą jego umysł, krążyła mu cały czas po głowie.
Wszystko poszło zbyt łatwo.
Jak na jego gust, wydawała z siebie zbyt dramatyczne dźwięki, kiedy się odwdzięczał. Jej krzyk, gdy pchnął ostatni raz, niemalże rozdzierał bębenki. Wolał ciche jęki i westchnienia, gdy błądził palcami pod koronkową niebieską sukienką, błyszczące oczy i tę atmosferę cholernego napięcia wypełniającego każdą komórkę ciała. Byłby idiotą, jeśli skłamałby przed samą sobą, że nie miał przed oczami twarz Mayer. Przez cholerną większość czasu. To dzięki temu aż tak się pobudził, nieznajoma dziewczyna sama w sobie była na to zbyt przeciętna.
Poczuł jej dłoń na swoich plecach, gdy siedział na skraju łóżka, zapinając zamek błyskawiczny dżinsów. Okazało się, że była znacznie bardziej pijana, niż na początku mu się wydawało. Poczuł, jak jego mięśnie odruchowo się napinają pod niechcianym dotykiem. Myślał, że rozwiąże swój problem, tymczasem jeszcze bardziej go nasilił. Ponieważ miał pieprzone porównanie.
- Wychodzisz? – niemalże wybełkotała półprzytomnie. Wiedział, że za chwilę zapadnie w sen, a następnego dnia nie będzie za wiele pamiętać. Widocznie miała to w zwyczaju.
- Tak. Muszę wracać – wymamrotał, narzucając na siebie koszulę i pospiesznie zapinając guziki.
- Nigdy nie zostajecie, prawda? – jej głos, chociaż niepewny, był zaskakująco spokojny.
- Nie ja – odparł cicho, odwracając się i dla przyzwoitości lekko całując ją w czoło – Trzymaj się, było naprawdę… miło.
Klął pod nosem, kiedy zamykał za sobą drzwi mieszkania. Jego ostatnie słowa były żałosne, ale na nic więcej nie potrafił się zdobyć. Przez chwilę opierał się o drewnianą płytę, oddychając głęboko. Był idiotą, jeśli sądził wcześniej, że przypadkowy numerek w jakikolwiek sposób rozwiąże jego problem.
Ponieważ istniało jedno wyjście. O intensywnie niebieskich oczach i cudownym ciele. Kompletnie dla niego niedostępne.


***

Ten rok mógł uznać zdecydowanie za najgorszy w swoim życiu.
Darcy siedziała na kanapie, okryta wełnianym kocem. Zamierzała obejrzeć jakiś film, ale skończyło się tak, jak każdego poprzedniego dnia – wpatrywała się tępo w ekran, nie mając pojęcia, o co chodzi, a ściskany w dłoniach kubek z herbatą powoli tracił ciepło. Mimo najusilniejszych prób, nie mogła uwolnić się od obrazów z zeszłego weekendu. Prześladowały ją we śnie i na jawie, paląc nieokreśloną tęsknotą. Unikała Harry’ego jak tylko mogła, wiedząc, że każda dodatkowa chwila sam na sam skończyłaby się tak samo. Była tego niemalże pewna, a to pogłębiało pragnienie i wyrzuty sumienia.
Ten wieczór postanowiła spędzić samotnie. Liam wyjechał na weekend do Wolverhampton, aby zobaczyć się z rodziną. Chciał zabrać ją ze sobą, ale znalazła jakąś wymówkę i mogła teraz cieszyć się samotnością. Przywoływać wspomnienia tych zielonych oczu i szorstkich, pełnych ust, napierających na jej własne. Odruchowo zacisnęła palce na materiale koca, mocno go gniotąc.
Z zamyślenia wyrwał ją natarczywy dzwonek do drzwi. Przez chwilę wpatrywała nierozumnie w kierunku korytarza, kiedy jednak dźwięk się ponowił, z cichym westchnieniem odrzuciła pled i podreptała do drzwi. Miała nadzieję, że to nie będzie ta osoba, o której przed chwilą… przez cały czas myślała.
A może było zupełnie odwrotnie?
Zamiast tego ujrzała przenikliwe niebieskie oczy, spoglądające na nią spod karmelowych włosów, z których ściekały krople deszczu. Zastanawiała się, dlaczego Louis fatygował się aż tutaj w piątkowy wieczór. I odpowiedź mogła być tylko jedna Poczuła się nagle wyjątkowo niekomfortowo w spranych dżinsach i wyciągniętym swetrze, zwisającym jej z jednego ramienia. Cofnęła się jednak do tyłu, robiąc przejście.
- Wejdź – wymamrotała, spoglądając na niego niepewnie – Napijesz się czegoś?
Skinął głową, zdejmując przemoczoną kurtkę i strzepując deszcz ze zmierzwionych włosów. Bez słowa poprowadziła go do kuchni, czując coraz większą gulę w gardle. Tomlinson uważnie obserwował, jak nalewa mu herbaty, cały czas irytująco milcząc.
- Jest jakiś powód twojej wizyty czy po prostu będziesz sobie tak siedział? – wybuchła w końcu, po czym zarumieniła się lekko, widząc, jak wargi chłopaka drgają w rozbawieniu – Przepraszam, po prostu… od wejścia nie powiedziałeś ani słowa i to trochę dziwne.
- Jasne, że nie – pokręcił głową, rozrzucając wokół siebie jeszcze kilka kropel wody – Jest powód, dla którego tutaj przyszedłem.
- Słucham – spojrzała na niego wyczekująco, usiłując zdusić wszelkie złe przeczucia, co naprawdę graniczyło z cudem.
- Chodzi o Harry’ego – powiedział po prostu, a jej serce w ułamku sekundy się zatrzymało.
Miała nadzieję, że nie widać było na jej twarzy szalejących emocji. Pochyliła się lekko w kierunku Tomlinsona, zaciskając mocno palce na kantach blatu. Podświadomie wiedziała, że na tym się skończy, co wcale nie uczyniło sytuacji łatwiejszą.
- To znaczy? – zapytała ostrożnie.
- O tamtą sytuację – uściślił, uważnie błądząc wzrokiem po jej zarumienionej twarzy – Nie widzieliśmy się, ponieważ najwyraźniej próbujesz go unikać, a ja miałem udawać, że nic się nie stało, ale… to nie jest takie proste, Darcy.
- Dlaczego? – potrafiła wykrztuszać z siebie tylko kilkusylabowe zdania. Całą jej uwagę pochłaniało uspokajanie szybko bijącego serca.
- Ponieważ on zaczął wariować. Jeszcze bardziej, niż zwykle. Nie wiem, co między wami zaszło, ale coś musiało, skoro widzę, że ma ochotę przyjebać każdemu, kto znajduje się promieniu metra.  – stwierdził, odchylając się lekko na krześle z uniesionymi brwiami.
- Czekaj… co? – wykrztusiła Mayer, gwałtownie łapiąc powietrze – To niemożliwe, on… on ma naprawdę wiele problemów, doskonale o tym wiesz…
- On spada na dno, Darcy – powiedział Tomlinson ze smutkiem w oczach – Taka jest prawda. Nie wiem, czy dostrzega to reszta, ale ja znam go zbyt dobrze. Ciągłe imprezy, alkohol, dragi… Naprawdę niewiele mu potrzeba. Mam wrażenie, że… świadomie czy nie, ale jesteś dla niego jakimś kołem ratunkowym.
- Louis… - Darcy spojrzała na niego jak na idiotę – On mnie nie cierpi. Uważa za przemądrzałą córeczkę tatusia, co nie jest prawdą. To niemożliwe.
- Nadużywasz tego słowa – wytknął jej z uśmiechem, ale nie trwało to zbyt długo – Harry jest pogubiony, a ty… chce tego, czy nie, jesteś ostatnim bastionem normalności, rozumiesz? Ta rozmowa zostanie między nami, ale błagam, przemyśl to. Może jesteś jedyną osobą, która będzie w stanie go uratować.
Wstał, przytulił ją lekko i tak po prostu opuścił mieszkanie, zostawiając niedopitą herbatę i Darcy, w stanie permanentnego szoku. Nie mogła uwierzyć w te słowa. Niby jakim cudem, miała być dla niego wybawieniem?

To niemożliwe. Znowu.


piątek, 7 lutego 2014

13.




Odwróciła się powoli, nie do końca wiedząc, co zastanie za swoimi plecami. To mógł być każdy. Liam, który szukał jej po całym mieszkaniu, zmartwiony dziwnym zniknięciem. Louis, chcący pogadać o tej całej sytuacji z Harrym. Ale chyba naprawdę najmniej spodziewała się tutaj samego Stylesa.
Zielonooki chłopak opierał się plecami o drzwi, skutecznie odcinając jej drogę ucieczki. Jakby przewidział to, co tak bardzo chciała zrobić. Darcy, gnana adrenaliną płynącą w żyłach, zrobiła jeden krok do przodu, odruchowo zaciskając dłonie w pięści.
- Będziesz mnie bić? – zapytał chłopak, uśmiechając się ironicznie i unosząc jedną brew do góry. Zastanawiała się, czy chociaż w części zdaje sobie sprawę, jakie wrażenie robi na kobietach, nawet gdy grał ostatniego dupka.
- Jeśli mnie zmusisz – odparła oschle, modląc się, aby na twarzy nie pojawiły się zdradzieckie, malinowe plamy – Czego właściwie chcesz?
- Bardzo nie lubię – powiedział ochrypłym głosem, wzmocnionym zapewne przez alkohol. Samo jego brzmienie rozchodziło się gwałtownym dreszczem po kościach Darcy – kiedy ktoś wychodzi, nie kończąc rozmowy. Nie dając mi odpowiedzieć.
- Bo zawsze musisz mieć ostatnie słowo, prawda? – zakpiła, starając się ukryć fakt, że denerwuje się coraz mniejszym dystansem między nimi. Harry stał już dwa kroki od niej, niemalże w połowie pokoju. – Na tym to właśnie polega?
- Mniej więcej – skinął głową, uśmiechając się w sposób, który eksponował jego cholernie urocze dołeczki w policzkach. Jeszcze jeden krok. Już czuła jego ciepły, pachnący alkoholem i miętą oddech, kiedy zerkał na nią z góry – Co powiedziałaś Louisowi? Jaki kit mu wcisnęłaś?
- Nie wcisnęłam mu żadnego kitu – syknęła, mając wrażenie, że jej nogi wrosły w miękki dywan, nie pozwalając na żaden ruch – Powiedziałam, że poszłam się z tobą przywitać.
- Jestem bardziej zainteresowany kitem, który usprawiedliwiał twoją ucieczkę tutaj, Darcy – po raz pierwszy użył jej imienia. Te dwie sylaby w jego ustach sprawiły, że Mayer zmiękły nogi. Jakby pieścił każdą cholerną literę, mogła przysiąc.
- Powiedziałam… - wymamrotała, oszołomiana jego bliskością, zapachem oraz faktem, że zielone oczy prześwietlały ją niemalże na wylot – że muszę zadzwonić.
- Och – skinął głową, uciekając wzrokiem w dół – Ale wiesz… nie robisz tego.
- Bo tutaj wszedłeś!
- Nie masz telefonu.
- Co cię to w ogóle obchodzi? – wybuchła nagle, wyrzucając ręce do góry w kompletnej frustracji – Przyszedłeś mi jeszcze raz powiedzieć, że nie jesteś mi nic winien i że mogłam cię tam zostawić, tak? No więc… nie mogłam. Nic mnie z tobą nie łączy, ale Liam jest moim przyjacielem, a ty jego. Nie mogłabym zignorować twojego stanu, nigdy bym sobie nie wybaczyła.
- Ze względu na niego, prawda? – Harry niemalże splunął, a zielone oczy sypały iskry – Zawsze Liam, jesteście takimi dobrymi przyjaciółmi, aż chce się rzygać.
- Pieprz się, Harry – szepnęła Darcy, głęboko dotknięta tymi słowami – To, że masz naprawdę ciężki czas nie znaczy, że możesz ranić wszystkich dookoła, wiesz?
Zbliżył się tak gwałtownie, że niemal zaparło jej dech w piersiach. Palcami mocno objął nadgarstek dziewczyny i lekko szarpnął w swoją stronę, tak, że dłoń spoczywała teraz na materiale zielonego swetra. Czuła ciepło bijące od jego ciała i już samo to wystarczyło, aby zupełnie zdekoncentrować.
- Jesteś taka mądra. Taka cholernie mądra, prawda, Darcy? – wycedził – Wiesz wszystko. Wiesz, jak to jest stracić najważniejszą osobę w życiu, jedyną, która utrzymywała twój świat w równowadze? Wiesz, jak to jest budzić się codziennie i godzić się z tym, że jej nie ma?
Milczała, nie umiejąc patrzeć mu w oczy. Wpatrywała się w zielony sweter, szalenie nagle interesujący. Co właściwie miała mu powiedzieć?
- No właśnie – usłyszała jego przepełniony goryczą głos. – Nie wiesz. Masz cudowne życie. Bogaty tatuś i mamusia, spełniający każdą zachciankę swojej rozpieszczonej córeczki.
- Nic o mnie nie wiesz… - pokręciła głową, czując łzy wzbierające pod powiekami. Każde jego słowo było zaprogramowane na głębokie zranienie. Nie mogła tego słuchać. Musiała po prostu… wyjść – Nie masz pojęcia, jak wygląda moje życie… Nie masz pojęcia.
- No to mi powiedz! – niemalże krzyknął. Jego złość wzrastała z każdą chwilą. Dlaczego nie chciała nawet mu spojrzeć w oczy. Na jedną pieprzoną sekundę? Widział, że przygryza dolną wargę, która lekko drżała i czuł głupi, niepotrzebny ucisk w sercu. Jak poczucie winy.
- Nie muszę! – wreszcie uniosła głowę i odwzajemniła spojrzenie. Jej niebieskie oczy błyszczały od łez i były wypełnione… czystą nienawiścią – Przecież już i tak mnie oceniłeś, prawda? Nie zostało nic do powiedzenia. Nic.
Wyszarpnęła się z jego uścisku, chcąc jak najszybciej opuścić ten pokój. Atmosfera była tak gęsta, że niemalże brakowało powietrza do oddychania. Ucisk w płucach z każdą chwilą się nasilał.  Była coraz bliżej drzwi i prawie odetchnęła z ulgą, kiedy jej dłoń spoczęła na klamce. Już za chwilę znajdzie się na chłodnym, pustym korytarzu.
Gdyby to było takie proste.
Duża dłoń spoczęła na jej znacznie mniejszej, skutecznie uniemożliwiając otwarcie drzwi. Natomiast druga chwyciła ją za ramię, w niespodziewanie delikatny sposób obracając przodem do Harry’ego. Chciała cokolwiek powiedzieć, ale jego wyraz twarzy sprawił, że wszystkie słowa zatrzymały się w połowie drogi. Jego dłoń z klamki przeniosła się na drzwi, na wysokości głowy Darcy.
- Znowu to robisz – wymamrotał, błądząc wzrokiem po jej ustach i przygryzając swoje. Poczuła niekontrolowane pragnienie, kompletnie nieodpowiednie w obecnej sytuacji – Znowu nie dajesz mi odpowiedzieć. Nienawidzę tego.
- Tylko tego czy mnie całej? – zapytała niekontrolowanie, kiedy przygwoździł ją do drewnianej powłoki. Materiał zielonego swetra przyległ do niebieskiej koronki, gdy zamknął przestrzeń między nimi.
- Tego, że jesteś taka przemądrzała. Tego, że zawsze musisz mieć ostatnie słowo – mamrotał, kładąc dłoń na jej plecach i przyciskając ją do swojego ciała. Oddech obojga przyspieszał coraz bardziej. Usta Harry’ego otarły się o skórę Darcy, gdy pochylił się mocniej – Tego, że masz pieprzoną potrzebę ratowania ludzi, którzy tego nie chcą.
- Odwal się, Styles – mruknęła, unosząc zwinięte w pięści dłonie i kładąc je na jego torsie.
Próbowała się odepchnąć, on jednak stał jak wrośnięty w ziemię. Widziała, jak jego oczy ciemnieją, gdy pochylał się jeszcze bardziej, aby złączyć ich usta. Szarpnęła się lekko, zadając kilka słabych ciosów, ale najwyraźniej nie wywarło to żadnego efektu. Chwilę później poczuła pełne wargi Stylesa na swoich i bezładnie oparła dłonie płasko na jego torsie. Pod delikatnym naciskiem rozchyliła usta, wpuszczając język chłopak do środka. Mruknął gardłowo, przyciskając ją mocniej do drzwi i pieszcząc podniebienie Darcy. Pragnął, aby odpowiedziała, ale najwidoczniej była zbyt oszołomiona. Powoli odwzajemniała pieszczoty, nie wierząc w to, co się dzieje.
Oprzytomniała dopiero, gdy Styles delikatnie przygryzł jej dolną wargę, poczuła przypływ emocji. Zacisnęła palce na materiale jego swetra i stanęła na palcach, gnana niekontrolowanym pożądaniem. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła. Nigdy wcześniej nikt nie działał na nią w taki sposób. Uśmiechnął się przez pocałunek, tocząc z nią zaciekłą walkę o dominację. Kiedy przesunął językiem po podniebieniu dziewczyny, a chłodną dłonią dotknął jej odkrytych pleców, jęknęła cicho.
Nawet nie wiedział, kiedy oderwali się od drzwi i po omacku odnaleźli drogę do stojącego w kącie biurka. Darcy usiadła na drewnianym blacie, a Harry stanął między jej nogami, nie przerywając pocałunku. Jego dłonie uważnie błądziły po udzie dziewczyny, delikatnie wsuwając się pod koronkową spódnicę. Westchnęła i zacisnęła palce na włosach chłopaka, wywołując tym samym niekontrolwany, głęboki jęk przyjemności. Powietrze gęstniało, odbierając oddech i zdolność jasnego myślenia.
- Darcy, skończyłaś już… kurwa.
Mayer odepchnęła kompletnie zaskoczonego Stylesa od siebie, nie wierząc w to, co się właśnie stało. Oboje wyglądali jak siedem nieszczęść – rozczochrani, pognieceni, z rumieńcami na policzkach i błyszczącymi oczami. W progu stał Louis, któremu szczęka niemalże obijała się o podłogę. Wodził zszokowanym spojrzeniem od Darcy do Stylesa, wyraźnie usiłującego przybrać obojętną minę. Było to jednak bardzo trudne, ze względu na sytuację oraz fakt, że jego spodnie w pewnym rejonie zrobiły się ciaśniejsze, niż zwykle. Brwi Tomlinsona podjechały do góry, ale w żaden sposób nie skomentował tego widoku.
Powoli uniósł obie ręce do góry, lekko przymykając drzwi.
- Okej – powiedział powoli – niczego nie widziałem, niczego nie słyszałem. Po prostu… Liam cię szuka – zwrócił się do Mayer, a Harry, nie wiedzieć czemu, na sam dźwięk imienia przyjaciela poczuł wzbierającą złość – więc chodź ze mną i udawajmy, że nic nie zaszło, dobra? Harry? – spojrzał na niego z naciskiem, kiedy Darcy niemalże przebiegała przez pokój, chcąc jak najszybciej uciec. Znowu.
Kiedy zniknęła za drzwiami, zabierając ze sobą wszystko, co stworzyli przez ostatnie dziesięć minut, Louis przeniósł swoje poważne spojrzenie na przyjaciela. Kurwa, znowu zacznie się kazanie, znowu.
- Posłuchaj, Styles… - zaczął, mrużąc oczy, ale Harry mu przerwał. Nie miał zamiaru słuchać moralizatorskich gadek.
- Nie, Tomlinson, to ty posłuchaj – warknął, stając obok niego w drzwiach. Miał przewagę, górował wzrostem nad starszym przyjacielem – sam powiedziałeś, że nic nie zaszło, prawda? Więc po prostu zamknij się, nalej mi wódki i nigdy więcej o tym nie wspominaj.
Nie czekając na odpowiedź, minął Louisa i skierował swoje kroki do kuchni, jak nigdy potrzebując alkoholu. Pomieszczenie na szczęście ziało pustką, wszyscy przenieśli się do pokoju gościnnego. Wyszarpnął z zamrażarki nienapoczętą jeszcze butelkę wódki i wypełnił nią szklankę niemalże do połowy. Jeden duży łyk wystarczył. Oparł się o blat i przełknął palącą ciecz, chcąc znaleźć w sobie wystarczająco dużo spokoju, aby dołączyć do reszty i wytrzymać bez rzucenia się na Darcy. Teraz, kiedy poznał smak jej ust, kiedy jej dotyk ciągle palił go żywym ogniem, wiedział, że to będzie cholernie trudne. Jakby przybił sobie ostatni gwóźdź do trumny. Wiedział, że będzie tylko gorzej, tylko gorzej.
Kiedy znalazł się w gościnnym, nonszalancko trzymając w dłoni szklankę z wódką, wszyscy pogrążeni byli w wesołej rozmowie. Tylko jedna para oczu wodziła za nim spojrzeniem. Louis postanowił go, kurwa, pilnować. Naprawdę myślał, że zrobi coś głupiego?
 Nieważne, jakby bardzo chciał to zrobić?
Darcy… czuła się naprawdę źle. Z dwóch powodów. Pierwszy – że dopuściła do takiej sytuacji, pozwoliła, aby pokonał jej bariery i tak bardzo do niej zbliżył. Nie wiedziała, czy gdyby Louis w tym momencie się nie pojawił, to skończyłoby się tylko na całowaniu. Ogień między nimi płonął zbyt mocno, już sam fakt, że posadził ją na biurku, a jego ręce… Poczuła bolesny skurcz w dole brzucha. Drugi – że tak naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu. I że czuła złość, kiedy zobaczyła Louisa. W pierwszym odruchu. Co było najgorsze? Że mogłaby się przyzwyczaić do jego pocałunków, dużych dłoni leniwie przesuwających się po jej ciele.
A potem wszedł do salonu, zielonymi oczami od razu odnajdując ją. Jakoś wytłumaczyła Liamowi swoją nieobecność, na szczęście trafiła na niego w wejściu do salonu, gdy najwyraźniej zamierzał dołączyć się do poszukiwań. Uspokoiła go głupią wymówką o telefonie do Leigh, a potem pozwoliła, aby objął ją ramieniem tak, że jej głowa spoczywała teraz na jego torsie. Czuła się cholernie winna. Nienawidziła okłamywać najlepszego przyjaciela, ale co właściwie miała powiedzieć? „Hej, Liam, przepraszam, że tak zniknęłam, ale wiesz, najpierw kłóciłam się z Harrym, a potem zaczęliśmy się całować i gdyby Louis nie wlazł, poszlibyśmy dalej?”.
Um, nie, to zdecydowanie by nie przeszło.
Harry ściskał w dłoni szklankę, bojąc się, że za chwilę rozpryśnie się pod naciskiem jego palców. Udawał, że słucha Josha, który jak zwykle ględził o nowych bębnach, ale w rzeczywistości mógł skupić się tylko na swojej złości, która pogłębiała się za każdym razem, gdy spojrzał na Darcy. Darcy, która jak gdyby nigdy nic niemalże leżała na Liamie, bawiącym się jej włosami. Jak gdyby, kurwa, nic. Jakiś zły, podły głosik z tyłu głowy szeptał mu, że to on powinien być na miejscu Payne’a. Powinien kontynuować to, co zaczęli w pokoju. Kiedy Mayer zachichotała w odpowiedzi na jakiś żart piwnookiego, coś w nim pękło. Odstawił szklankę na szklany blat stołu, z trudem tłumiąc w sobie chęć huknięcia nią o powierzchnię.
- Josh – przerwał przyjacielowi w połowie zdania, uśmiechając się lekko – oderwij się na chwilę i chodź ze mną zapalić, co?
Devine wzruszył lekko ramionami i podążył za Stylesem na balkon. A Harry… z satysfakcją stwierdził, że wzrokiem odprowadza go nie tylko Tomlinson. Był ktoś jeszcze, o zbliżonej barwie oczu, ale…
Te oczy zdecydowanie bardziej go kręciły.

niedziela, 2 lutego 2014

12.


Darcy od trzydziestu minut stała przed lustrem, nerwowo przyglądając się efektowi końcowemu. Powierzchnia tafli była wystarczająco duża, aby mogła obserwować kątem oka Liama, nerwowo wystukującego stopą rytm. Co jakiś czas kręcił się na kanapie i dramatycznie wzdychał, spoglądając przy tym ostentacyjnie na zegarek. Naprawdę się denerwowała. Sama dokładnie nie wiedziała, czym – Eleanor, Louisa i resztę znała już od dłuższego czasu i w ich towarzystwie czuła się swobodnie. Teraz jednak… miała wrażenie, że błękitna, koronkowa sukienka, podkręcone na końcach włosy i delikatny makijaż nie wystarczają. Ciągle coś jej w tym wszystkim nie grało.
Może to nie była kwestia wyglądu. Może kłopot tkwił w osobach obecnych na spotkaniu. A konkretnie jednej. I jej zielonych, przenikliwych oczach, które sprawiały wrażenie, jakby potrafiły przenikać przez warstwy ubrań.
- Darcy – odezwał się Liam tak spokojnie, jak tylko potrafił – Wyglądasz naprawdę, naprawdę super. Za pięć minut przyjedzie po nas Zayn. W czym widzisz problem?
Malik godzinę wcześniej podrzucił przyjaciela do mieszkania dziewczyny, inteligentnie przewidując kłopoty, jakie mogą się pojawić. Był w końcu w związku, prawda? Rzucił tylko wyraźnie rozkojarzonemu kumplowi, gdy ten wysiadał z auta, że pojedzie po Perrie i niedługo pojawi się z powrotem. Teraz Payne odrobinę żałował, że tak się wyrwał. Mógł wpaść teraz, wywlec ją z mieszkania bez możliwości protestów i pojechać na to cholerne przyjęcie.
Postarał się jednak zachować cierpliwość. Wstał z kanapy i cicho podszedł do przyjaciółki, obejmując ją w dłońmi w talii. Próbowała strzepnąć jego ręce, bojąc się, że pogniecie sukienkę, którą naprawdę długo wybierała, ale on w odpowiedzi przylgnął torsem do jej pleców i zacieśnił uścisk. Zrezygnowana, opuściła ramiona luźno wzdłuż ciała i westchnęła głęboko.
- Hmmm? – ponaglił ją, lekko trącając nosem jej policzek.
- Po prostu… to takie ważne wydarzenie – wydukała, starając się ukryć swoje prawdziwe motywy, które zapewne rozzłościłyby Liama i zburzyły kruchy pokój, panujący między nimi od sytuacji sprzed kilku dni. – Chciałabym, żeby wszystko było idealnie.
- Jest idealnie – sprostował Liam, odsuwając się lekko i splatając ich palce razem.
W tym momencie jego komórka zawibrowała. Jedno szybkie zerknięcie na wyświetlacz wystarczyło, aby pociągnął Darcy zdecydowanie do drzwi, ignorując jej cichy pisk. Pozwolił tylko, aby naprędce zabrała torebkę i klucze. Nie zamierzał kazać innym na nich czekać, bardzo tego nie lubił.
Darcy przywitała się z Perrie przelotnym pocałunkiem w policzek, kiedy usadawiała się na tylnym siedzeniu w samochodzie Zayna. Jak tylko trzasnęły drzwiczki, Malik ruszył, przelotnie taksując spojrzeniem przyjaciółkę. Zauważyła jego lekko uniesioną brew – musiała chyba zrobić dobre wrażenie. Pokrzepiona, wygodniej rozłożyła się na fotelu i próbowała uspokoić przyspieszony oddech.
- Słuchaj Darcy… - zaczęła nagle Perrie, lekko obracając się bokiem i spoglądając na dziewczynę – Mamy do ciebie… z moimi kumpelami z zespołu małą prośbę.
- Tak? – Mayer uniosła lekko brew, prostując się. Kątem oka zauważyła, że Liam i Zayn wymieniają porozumiewawcze spojrzenia we wstecznym lusterku. Co tu się właściwie działo?
- Widziałyśmy kilka twoich występów ze Stanów i… wiesz, jakoś na wiosnę będziemy miały tam małą trasę koncertową. Nie chciałabyś może wejść do naszego zespołu? – niebieskie oczy Edwards patrzyły na nią niemalże błagalnie – Załatwiłybyśmy to tak, żebyś nie miała żadnych problemów w twojej szkole i tak dalej…
- Powinnaś się zgodzić – dodał Zayn, kiwając potakująco głową – Widziałem te filmiki i jesteś naprawdę, naprawdę dobra.
Darcy zarumieniła się lekko i lekko skrępowana, zaczęła bawić się palcami splecionymi na podołku.
- Obydwoje przesadzacie, dopiero się uczę – stwierdziła, ale kiedy zalał ją potok zniecierpliwionych westchnień, przeczących okrzyków i wywracania oczami, podniosła lekko głos i uniosła ręce do góry w geście kapitulacji – Dobra, już dobra. Pewnie, mogę spróbować. Czemu nie?
Opadła z powrotem na fotel, a jej uszy wypełniały szczęśliwe okrzyki Perrie. Nie sądziła, że tak szybko z powrotem wróci do Stanów. I miała dziwne poczucie ulgi, jakby… uciekała.
Już od progu powitał ich radosny gwar dochodzący praktycznie z każdego kąta mieszkania. Otworzyła im uśmiechnięta Eleanor, wyglądająca dzisiaj jeszcze piękniej, niż zazwyczaj. Miała na sobie szarą, obcisłą sukienkę, uwydatniającą jej idealną figurę. Kręcone włosy po prostu rozpuściła – nie musiała robić nic więcej. Obejmując Darcy w przyjacielskim uścisku, powiedziała:
- Cieszę się, że wpadłaś, kochanie. Widzę, że Liam wziął sobie moją groźbę do serca.
- Nie mogłem sobie odpuścić takiej dobrej imprezki – stwierdził żartobliwie Payne, przyciągając Darcy do swojego boku i muskając ustami czubek jej głowy – Wszyscy już są?
Eleanor, która właśnie prowadziła ich do kuchni, gdzie najprawdopodobniej skupiło się całe imprezowe życie, spojrzała na chłopaka przez ramię i odparła:
- Tak, właściwie tak. Jesteście wy, Niall, Josh z dziewczyną… Ach, no i Harry. Siedzi na balkonie, nie pytajcie, dlaczego.
Darcy starała się opanować mimikę twarzy na sam dźwięk tego imienia. Wbrew sobie, podążyła z grupką przyjaciół do kuchni, gdzie faktycznie panował lekki krok. Louis właśnie robił wszystkim drinki, obficie dodając do każdej szklanki wódki. Niall siedział na szafce obok, machając nogami i co jakiś czas zanurzając dłoń w misce z chipsami. Josh i jego dziewczyna, która przedstawiła się jako Grace, stali przytuleni do siebie i odpowiadali na delikatne zaczepki chłopaków.
Mimo wszelkich prób, jakoś nie potrafiła się wyluzować. Ściskała w dłoni szklankę z alkoholem, co jakiś czas upijając łyk. Wódka powoli krążyła w jej żyłach, dając coraz większe odprężenie, mimo to ciągle miała wrażenie, jakby jakaś siła ciągnęła ją w stronę salonu. Kurczowo zacisnęła palce na kancie szafki, po czym, zdawszy sobie, sprawę, co robi, miała ochotę sama się za to uderzyć.
- Słyszałam – powiedziała nagle Eleanor, zwracając się do Darcy – że zaaklimatyzowałaś się w swoim studio.
- Och… tak, chyba tak – wymamrotała, a kiedy zobaczyła, że wszyscy jej się przyglądają, jakby czekając na więcej informacji, kontynuowała – Zajęcia są w sumie ciekawe, ludzie też… całkiem sympatyczni.
- Ale chyba nie tak fajni jak my, co? – zapytał Niall, uśmiechając się szeroko i trącając ją lekko ramieniem.
W odpowiedzi Darcy roześmiała się i zmierzwiła mu włosy.
- Pewnie, że nie. Jesteście jedyni w swoim rodzaju.
- No to teraz ja się pochwalę – wyskoczyła nagle Perrie, a wszystkie oczy skierowały się na nią. W odpowiedzi wyprostowała się dumnie i objęła Mayer ramieniem – Mam ją w swoim zespole tanecznym, możecie mi zazdrościć – uniosła przy tym brew i złączyła usta w dzióbek, wywołując zbiorowe rozbawienie.
- Darcy, ranisz nas! – zawołał Tomlinson. Popatrzył na nią wzrokiem zbitego psa i dramatycznie przyłożył dłoń do serca – My też chcemy cię mieć w zespole.
- Stary – Zayn wywrócił oczami – zapomniałeś o jednym. My nie mamy żadnego zespołu. My nawet nie umiemy tańczyć, pamiętasz?
- Kto nie umie, ten nie umie – stwierdził Louis, doskakując niespodziewanie do Darcy i chwytając ją w objęcia. Okręcił ją kilka razy dookoła wśród wzrastającego śmiechu – Widzicie? Ja byłbym zajebisty.
- I to rozwiązuje problem braku tancerzy – stwierdziła Perrie, trzymając się za brzuch z rozbawienia.
Wśród ogólnego gwaru i śmiechu, Darcy wysunęła się z kuchni, chcąc napisać sms-a do Leigh odnośnie ich jutrzejszego spotkania. Wciąż uśmiechając się pod nosem, chwyciła torebkę i właśnie wtedy jej wzrok padł na doskonale widoczne z tej odległości drzwi balkonowe.
Harry stał oparty łokciami o solidną barierkę, odwrócony do niej plecami. Jej spojrzenie powoli przesunęło się wzdłuż sylwetki chłopaka – zaczynając od nieujarzmionych, brązowych loków, przez ciemnozielony sweter, wąskie spodnie aż do ulubionych butów. Kierowana instynktem, powoli przeszła przez pusty salon, w końcu kładąc dłoń na klamce. Nie wiedziała, czy dobrze robi. Mówiąc szczerze, miała wręcz odwrotne wrażenie. Czuła jednak, że jeśli nie skonfrontuje się z nim, będzie sfrustrowana, jak do tej pory.
Zauważyła, że ciało Stylesa lekko się spina na dźwięk otwieranych drzwi. Wiedziała, czego się spodziewał – ludzi, którzy będą natrętnie prosić go o dołączenie się do zabawy. Zdawała sobie sprawę, że jest tutaj przez wzgląd na swojego przyjaciela, ale w rzeczywistości nie ma ochoty na takie ckliwe okoliczności. Co innego impreza w klubie – najwyraźniej szukał ucieczki w używkach, a dzisiaj nie mógł sobie na nie pozwolić. Bolało więc z dziesięć razy bardziej.
- Darcy – czy to było tylko złudzenie, czy naprawdę usłyszała w jego głosie ulgę, gdy się odwrócił? – Co ty tutaj robisz?
Jego twarz nie wyrażała absolutnie żadnych emocji. Mayer przez chwilę stała niepewnie przy drzwiach, zastanawiając się nad dobrą wymówką.
- Ja… po prostu wyszłam się przewietrzyć – walnęła w końcu, co spotkało się z lekkim uśmiechem chłopaka – I skąd masz mój numer telefonu?
Harry wzruszył ramionami, robiąc krok w jej stronę. Nagle poczuła, jak rozplata jej złączone palce i przyciąga bliżej. W jakiś cudowny sposób wylądowała przyparta plecami do barierki, a jej nadgarstek nadal tkwił w uścisku zielonookiego. Przez chwilę stał niewiarygodnie blisko, patrząc na nią z góry nieprzeniknionymi oczami. Przełknęła głośno ślinę, starając się zignorować przyjemne ciepło, powstające w dole brzucha.
- No wiesz – powiedział cichym, chrapliwym głosem. Czuła ciepło jego oddechu na swoim policzku i już to wystarczyło, aby mieć problemy z koncentracją – w takim zamieszaniu, jakie robi piątka facetów, nie jest trudno podebrać komuś telefon, prawda?
- Nie rozumiem, po co ci on – pokręciła głową, wciąż rozpraszana przez jego dłonie, spoczywające na barierce po obu stronach jej ciała i lekko ocierające się o odkryte ramiona – Nie pofatygowałeś się nawet, żeby dać znać, czy żyjesz po tym, jak po prostu sobie wyszedłeś z mojego mieszkania.
- Kiedy? – Styles uśmiechnął się niewinnie, ale poważne, prawie rozzłoszczone oczy wskazywały, że ma zupełnie inny nastrój.
- Doskonale wiesz, kiedy – syknęła Darcy, ze skrępowaniem widząc, jak wzrok Harry’ego leniwie przesuwa się po jej ciele – I, do cholery, odsuń się ode mnie – dodała z wysiłkiem. Szczerze mówiąc… nie czuła się niekomfortowo. Mogłaby tak stać jeszcze bardzo długo.
Styles odsunął się posłusznie, a na jego wargach wykwitł ironiczny uśmieszek. Miała ochotę podnieść zwiniętą w pięść dłoń i zetrzeć ten grymas z twarzy chłopaka.
- Przepraszam, May – powiedział, specjalnie podkreślając to specyficzne przezwisko – ale nie musiałem ci się z niczego tłumaczyć. To był twój wybór, mogłaś mnie olać.
- Naprawdę? – zaszydziła, a jej niebieskie oczy ciskały gromy. Nawet nie miała pojęcia, jak pociągająco wygląda. Harry stłumił chęć dotknięcia jej, przeczesując nerwowo palcami włosy – W sumie fakt. Mogłam cię zostawić. Siedzącego pod ścianą klubu, kompletnie niekontaktującego i mamroczącego jakieś bzdury. Masz rację.
Po raz pierwszy zobaczyła na jego twarz jakiś grymas. Twarz Harry’ego skurczyła się w szoku, a zęby nerwowo chwyciły dolną wargę. Wiedział, że mówiła prawdę. Była naprawdę wściekła, a w takim stanie człowiek nie myśli o mistyfikacjach. Pierdolone dragi. Musiały być naprawdę mocne. Za mocne.
Patrzył, jak wymija go i wchodzi do środka z cichym przekleństwem na ustach. A Darcy… odetchnęła głębiej, kiedy znalazła się w ciepłym salonie. Miała nadzieję, że jej twarz wygląda już w miarę spokojnie, ale natrafiając na zaniepokojone spojrzenie Louisa, który właśnie wszedł do pokoju – na szczęście sam – wiedziała, że to tylko pobożne życzenia.
- Darcy? Wszystko okej? – zapytał, szybko strzelając oczami w kierunku drzwi balkonowych.
- Tak, ja… po prostu poszłam przywitać się z Harrym – powiedziała szybko, krzyżując przezornie dwa palce za plecami. – Przepraszam, Lou, ale… muszę pilnie oddzwonić do Leigh, gdzie mogę to zrobić… na spokojnie?
Widziała, że jej nie uwierzył, ale mimo to wskazał ręką w głąb korytarza.
- Drugie drzwi po prawo. Nasz pokój gościnny, raczej nikt tak przez jakiś czas nie zajrzy.
- Dzięki – uśmiechnęła się z wdzięcznością.
Tak naprawdę wcale nie zamierzała do nikogo dzwonić. Stała na środku pomieszczania, próbując opanować drżący oddech, przyspieszone bicie serca i te głupie łzy, wywołane wielkim gniewem. Niepotrzebnie pokazała mu, że przejęła się całą sytuacją. Że rozczarował ją, kiedy wyszedł bez słowa. To wszystko było złe. Nawet idąc do niego, kiedy on nie pofatygował się do kuchni, pokazała swoją słabość. Była głupia. Tak strasznie głupia.
Niemalże podskoczyła, kiedy drzwi za jej plecami szczęknęły dwukrotnie.