poniedziałek, 20 stycznia 2014

10.


Harry obudził się w środku nocy z ciężkim, rwanym oddechem wyszarpującym się z samego dna płuc. Pościel wokół niego była rozkopana i lekko wilgotna od potu. Przez chwilę leżał bez ruchu, z szeroko otwartymi oczami. Próbował odnaleźć się w rzeczywistości, wybudzony ze snu, który tak bardzo na niego wpłynął.
Dopiero po kilku minutach zorientował się, że nie leży w swoim łóżku, w swojej sypialni, a zajmuje pokój gościnny Louisa.  Tomlinson, tak jak obiecał – a raczej zagroził – przyjechał po niego o dziewiętnastej, nie przyjmując żadnego słowa sprzeciwu. Harry zdawał sobie sprawę, że gdyby faktycznie wyszedł na jakąś imprezę, starszy przyjaciel wprowadziłby swoje obietnice w czyn. Miał rację, byli pieprzonymi gwiazdami. Wystarczył chociażby jeden niewinny tweet w stylu „Mój Hazza się zgubił :(” czy coś w tym rodzaju, aby każdy w promieniu trzech tysięcy kilometrów zaczął szpiegować. Wszystko dla swoich idoli – jednego zmartwionego, a drugiego zaginionego. Jeden pieprzony, niewinny tweet, a byłby zgubiony. Dlatego skapitulował. Miał jeszcze jeden powód – w ten sposób mógł go przynajmniej na jakiś czas uspokoić. Wiedział, że za kilka dni i tak wprowadzi swoje plany w czyn, ale Louis absolutnie nie musiał o tym wiedzieć.
Wobec tego złapał kilka butelek piwa i pojechał z Lou do jego mieszkania. Eleanor nie było – spędzała kilka wolnych od pracy dni z rodziną, więc Tomlinson miał zupełnie wolną przestrzeń. To nie tak, że Harry jej nie lubił, wręcz przeciwnie. Miał po prostu wszystkich dość. Ich współczujących spojrzeń, mentalnego poklepywania po plecach. Gdyby mogli, obsiedliby go ze wszystkich stron, podtykając pudełka chusteczek pod nosem. Nie potrzebował tego. Chciał po prostu… na chwilę przestać czuć tę pustkę, która zgniatała od środka. Wystarczyła mu sama świadomość, że jest źle, naprawdę źle. Stracił najważniejszą osobę w swoim życiu, a druga – Gemma – nie chciała go najwyraźniej znać. Od pogrzebu nie zadzwoniła ani razu. Każdy dzień tego milczenia wbijał w jego serce kolejne ostrze i rozszarpywał brzegi wielkiej, czarnej pustki.
A teraz… teraz obudził się, oddychając ciężko i będąc tak cholernie podnieconym. Tak, dokładnie o to chodziło, to to uczucie nie dawało mu ponownie zasnąć. Właściwie nie pamiętał swojego snu. Wiedział tylko, że był powolny i cholernie intensywny. Tak intensywny, że teraz bokserki ciasno opinały jego członka, a szorstki materiał dodatkowo podrażniał erekcję.
Boże, prawie zapomniał, jakie to było uczucie.
Naprawdę. Od pogrzebu czegoś takiego nie doświadczył. Nie sam. Na imprezach zdarzyło mu się poderwać kilka kobiet i po tym zapoznać się z wnętrzem ich sypialni, ale nie czuł czegoś tak intensywnego. Potrzebował jakiegoś bodźca, odsłoniętego ciała, mocniejszego dotyku. Sam sen już dawno nie doprowadził go do takiego stanu.
Wiedział, że musi sobie z tym jakoś poradzić. W przeciwnym razie się nie uspokoi. Na pewno nie. Sięgnął dłonią w dół, lekko przygryzając wargę, gdy jego palce ciasno objęły erekcję pod materiałem bielizny. Nie wiedział, dlaczego właśnie wtedy przed oczami stanęła mu ta twarz. Niebieskie oczy, delikatne rysy i karmelowe włosy, drażniące jego policzek, gdy kładł brodę w zagłębieniu jej szyi. Jęknął cicho, przesuwając palcami w dół i w górę. Miał nadzieję, że Louis śpi wystarczająco głęboko, aby tego nie słyszeć. Naprawdę nie chciał myśleć o niej, ale coś mu podpowiadało, że była powodem, dla którego obudził się w takim stanie. Nie wiedział, dlaczego. Była przyjaciółką Liama, zwyczajną dziewczyną.
A może nie.
Doszedł w swojej dłoni, wyginając się lekko w łuk znad materaca. Kiedy wszystkie emocje osłabły, a on opadł z powrotem na pościel, powoli spowalniając oddechy, poczuł się lepiej. Nie w ten krótkotrwały sposób, jak zwykle po szczytowaniu. Czuł, że coś wróciło do normy. Może nie był to najważniejszy szczegół, ale jednak. Nie czuł już tej zimnej obojętności, przynajmniej nie w stu procentach. Odetchnął głęboko, przeczesując palcami włosy i podniósł się. Wiedział, że i tak teraz nie zaśnie, a każda kolejna minuta leżenia w łóżku przyprawiała go o frustrację.
Kiedy doprowadził się do porządku i zaopatrzył w butelkę piwa z lodówki, skierował swoje kroki na przestronny balkon przyjaciela. Przezornie wciągnął na ramiona wyciągnięty, czarny sweter i kiedy podmuch wiatru wywołał na jego przedramionach gęsią skórkę, bezgłośnie sobie za to podziękował.
Zegarek stojący na komodzie wskazywał godzinę trzecią. Harry oparł się o ścianę i zsunął po niej, ostatecznie siadając na chłodnych płytkach. Chłodny, gorzki posmak piwa rozlał się po ściankach jego gardła, dając dziwną ulgę. Zmrużonymi oczami wpatrywał się w rozmigotane światła miasta. Louis mieszkał na dziesiątym piętrze, więc miał stąd doskonały widok. Sam nie wiedział, czy chciał być w jednym z rozjarzonych, dudniących klubów. Wczorajsza wizyta była chyba wystarczająco bogata w skutkach. Wystarczyło, aby przypomniał sobie cokolwiek z chwil na parkiecie, aby znowu poczuł znajome drgnięcie w dole brzucha. Zachichotał, śmiejąc się tym samym z własnej głupoty i przymknął oczy, opierając głowę o chłodną ścianę.
- Odmrozisz sobie tyłek.  – usłyszał nagle znajomy głos.
Gdy odwrócił głowę, zobaczył Louisa, stojącego w wejściu na balkon. Był ubrany o wiele rozsądniej niż młodszy przyjaciel – miał na sobie jedną z tych żenujących piżam w śmieszne wzroki, których nigdy nie pokazał Eleanor. Na ten widok Styles nie był w stanie powstrzymać lekkiego uśmieszku. Zauważył, że Tomlinson jest rozbudzony, na dodatek w jednej dłoni ściska szyję butelki od piwa. Wzruszył więc ramionami i mruknął, ponownie wpatrując się w rozciągające się przed nim miasto.
- Zdarzają się gorsze rzeczy, nie?
Louis nic na to nie odpowiedział. Usiadł za to obok Harry’ego, wysyłając fale ciepła w stronę lekko zmarzniętego chłopaka.  Prawie jak za starych dobrych czasów. Styles chciał coś powiedzieć, coś, co zabrzmiałoby tak jak zwykle. Jak kiedyś. Ale czuł dziwną barierę, przez którą nie potrafił się przebić. Po prostu nie umiał. Sfustrowany, uniósł butelkę do ust i pociągnął duży łyk, pozwalając, aby alkohol lekko ściekł mu po podbródku.
- Wiesz, że w poniedziałek, mamy nagrania, prawda? – odezwał się po chwili Tommo, również osuszając część swojej butelki.
- Jeśli to jest sposób na rozpoczęcie rozmowy, to kiepsko ci idzie, stary – zakpił Harry, patrząc na przyjaciela z lekko uniesionymi brwami.
Louis lekko zakrztusił się alkoholem, a policzki oblekł mu różowy rumieniec. Styles z cichym westchnieniem poklepał go między łopatkami, czekając, aż atak kaszlu minie.
- Och, nie o to mi chodzi – wydukał w końcu mocno zachrypniętym głosem – Po prostu… musimy być w formie, rozumiesz?
- Musimy czy to ja muszę? – uściślił Harry, nie czując nawet złości. To było najgorsze. Żadnych nerwów, niczego. Po prostu obojętność, jakby na niczym i na nikim mu nie zależało. – Dalej, Loueh, wyrzuć to z siebie. Uważasz, że się staczam.
- Boże, nie o to mi chodzi, po prostu… - Louis pokręcił głową, chowając twarz w zgiętych kolanach – widzę, jak to wszystko na ciebie wpłynęło.
- Mówiąc to wszystko masz na myśli śmierć mojej matki? – zapytał Harry z naciskiem, czując cholerny ból w okolicy serca – To chyba nic dziwnego, prawda? Próbuję sobie z tym radzić. Na swój sposób.
- To jest bardzo zły sposób – wymamrotał Tomlinson do dna butelki.
- To jest mój sposób – zripostował zielonooki – Uwierz mi, tato, że nie wyląduję w rynsztoku, jako ostatni ćpun. Panuję nad sytuacją. Nie rozmawiajmy o tym, chociaż przez chwilę.
Przez dłuższy czas znowu siedzieli w ciszy, przyglądając się widokowi przed sobą. Louis co jakiś czas nerwowo postukiwał palcami o płytki, ewentualnie przeczesywał nimi włosy, przez co sterczały w nieładzie na wszystkie strony.
- Jest jeszcze coś – wypalił w końcu, a widząc zmęczony wzrok Harry’ego, wystawił jedną dłoń w geście obronnym – Nie, żadnych kazań. Przynajmniej na razie.
- No mów – westchnął brunet, chwytając w palce rękawy swetra i ściagając je jak najniżej. Chciał uzyskać odrobinę więcej ciepła.
- W przyszłym tygodniu organizujemy z Els… takie małe spotkanie, tutaj – widząc zdumiony wzrok Stylesa, dodał szybko – Nie, nic wielkiego. Tylko zespół i kilku innych znajomych.
- Okej, a możesz mi powiedzieć, z jakiej to okazji, bo nie kojarzę?
Tomlinson zdusił w sobie ochotę zdzielenia Harry’ego w tę najwyraźniej pustą głowę. Przecież akurat on nie miał obowiązku pamiętać o datach ważnych dla niego i Calder, prawda? Miał jednak dziwną obawę… że Styles nie ma głowy absolutnie do niczego, oprócz imprez.
- Mamy rocznicę. Drugą. I pomyśleliśmy… że fajnie by było spędzić ten czas z… no wiesz, bliskimi – zakończył niepewnie, obserwując, jak oczy Stylesa błyskają ciekawością.
- Raczej będę – stwierdził, wzruszając ramionami,jakby nie chciał dawać przyjacielowi żadych złudnych nadziei. Sam nie wiedział, czemu na każdym kroku rani bliskich sobie ludzi, ale nie umiał inaczej. To było silniejsze od niego – A… kto poza tym jest zaproszony?
- No wiesz, Josh… Perrie… no i Darcy, to na pewno. Eleanor powiedziała, że Liam może bez niej nie przychodzić – powiedział lekko Tomlinson, uśmiechając się pod nosem.
Nie zauważył reakcji młodszego chłopaka, zatapiając usta w gorzkim posmaku piwa. A była ona… co najmniej zastanawiająca. Mięśnie Harry’ego zesztywniały, a palce mocniej zacisnęły się na szyjce butelki, gdy usłyszał ostatnie imię. Wróciła dziwna sensacja w dole brzucha. Zagryzł dolną wargę niemalże do krwi, starając się powstrzymać niezrozumiałe emocje.
- Darcy? – wymamrotał niskim głosem, chcąc brzmieć obojętnie – Ona też będzie?
- No… tak – powiedział powoli Louis, unosząc lekko brwi – Wiesz, to najlepsza przyjaciółka Liama i chyba tym samym część naszej paczki.
Harry pokiwał powoli głową, próbując zachować kamienny wyraz twarzy. Louis spojrzał w oczy przyjaciela, które zadziwiająco błyszczały. Wzruszył jednak ramionami, nie chcąc nawet powiązywać tego z osobą Mayer. To tylko alkohol, na sto procent.
- A… - zaczął Harry, zaciskając niewidoczną dla Louisa dłoń w pięść – Liama coś z nią łączy? No wiesz… coś poważniejszego?
Tomlinson zmarszczył brwi, nie rozumiejąc zasadności pytania.
- Nie mam pojęcia – zakończył zdanie, lekko unosząc intonację, w rezultacie zabrzmiało więc ono jak pytanie – Przyjaźnią się, to na pewno i to dość intensywnie. Nic poza tym nie wiem… a czemu pytasz?
Harry potrząsnął głową, w rezultacie czego kilka czekoladowych loków opadło mu na czoło. Zdmuchnął je szybko i wzruszył ramionami, ukazując dołeczki w policzkach.
- Tak po prostu. Jestem ciekawy i tyle.
- Wiesz… - zaczął Louis ostrożnie, próbując w delikatny sposób przekazać coś przyjacielowi – Ona jest… dobra. Zasługuje na spokój, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
Harry uśmiechnął się krzywo, doskonale wyczuwając aluzję. Tomlinson uważał, że w tym momencie jest on definicją wszystkiego, co zaprzeczało spokojowi.
- Na pewno jej go nie zburzę, nie musisz się martwić, daddy. – mruknął, upijając końcówkę piwa. Podniósł się, poklepując lekko przyjaciela po ramieniu – Idę po następne. Też chcesz?
Kierując się jednak do kuchni, zastanawiał się… czy na pewno jego słowa są prawdziwe.
Jakaś siła ciągnęła go do dziewczyny zdecydowanie mocniej, niż tego chciał. A to nie mogło… nie mogło skończyć się dobrze. Nie teraz.

***

Darcy leżała na plecach, zmęczona bezsennością i myślami. Obok niej cicho posapywał Liam, pogrążony w błogiej nieświadomości. Ona nie mogła tak łatwo odpłynąć. Przeszkadzały jej niewygodne obrazy, nawiedzające jej głowę od momentu, w którym usiedli przed telewizorem, aby pooglądać filmy.
Burza brązowych loków, zielone oczy, te cholerne dołeczki i niesamowite usta ją prześladowały. Podobnie jak wspomnienie dotyku i ciężaru jego ciała, gdy opierał się o nią, pogrążony w pijackim amoku. To wszystko przybrało na sile, gdy położyła się spać, a Payne oplótł ją ramieniem w talii. Tak bardzo znajomy gest, a dla niej miał zupełnie inne znaczenie.
Poruszyła się lekko, próbując ułożyć się wygodnie i w końcu zasnąć. Dochodziła trzecia w nocy, a powieki nadal nie chciały się kleić. Westchnęła cicho.
- Darcy – usłyszała nagle głęboki głos Liama, a jego zarast podrapał ją lekko po szyi, gdy odsuwał głowę, aby podeprzeć się na łokciu i spojrzeć z góry – Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie śpisz?
Miała nadzieję, że w mroku jej rumieńce nie będą zbyt widoczne.
- Nie wiem… Trochę się denerwuję pierwszym tygodniem w studio i tak dalej – wymamrotała, błagając niebiosa, aby nie zdzieliły jej piorunem za to kłamstwo.
- A może ci zimno? – zapytał Payne z troską, zauważając, że palce przyjaciółki lekko drżą.
- Trochę… - odparła ostrożnie, mając nadzieję, że to usunie w cień kolejne pytania.
Miała rację. Liam mruknął tylko coś w stylu „zaraz temu zaradzimy” i przyciągnął ją mocno do siebie. Jej głowa spoczęła w zagłębieniu szyi chłopaka, gdy ramię chłopaka oplotło talię i zmniejszyło między nimi dystans. Payne był bez koszulki, ale mimo to nadal zachował przyjemne ciepło. Czuła, jak składa delikatne pocałunki na jej włosach, co w połączeniu z poczuciem bezpieczeństwa i równomiernymi oddechami pozwoliło jej pozbyć się obrazu Harry’ego sprzed oczu i spokojnie zasnąć.
Przynajmniej na jakiś czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz