Eleanor faktycznie dotrzymała słowa. Dokładnie dziesięć minut później stała przed drzwiami mieszkania Darcy. Wystarczyło jej jedno przenikliwe spojrzenie na twarz dziewczyny, aby wiedzieć, że sytuacja jest naprawdę dużo trudniejsza, niż myślała. Bez słowa weszła do środka, wciskając w ręce Mayer butelkę czystej wódki.
- Pomyślałam, że wino to stanowczo za mało – mruknęła, odwieszając płaszcz i przechodząc swobodnie do salonu – Weź szklanki i jakiś sok, okej?
Darcy tylko wymruczała coś w odpowiedzi, posłusznie podążając do kuchni. Właśnie tego teraz potrzebowała. Kogoś, kto zwolni ją z obowiązku myślenia i podejmowania decyzji, kierując wszystkim, nawet w tak błahych sprawach. Wiedziała, że Eleanor jest do tego najbardziej odpowiednia. Pozornie delikatna, potrafiła pokazać pazurki i ujawnić swój zmysł opiekuńczy i nie tylko zresztą. Czasami po prostu opieprzała ludzi po całości, podsuwając argumenty nie do pobicia, obnażając ich zupełną głupotę.
Poza tym Darcy była niemal stuprocentowo pewna, że akurat jej Louis się wygadał.
Eleanor bez zbędnych ceregieli nalała pokaźną porcję wódki do obu przyniesionych szklanek, będąc zdecydowanie bardziej oszczędną przy dodawaniu soku. Mayer obserwowała to wszystko szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, ale dłoń Calder stanowczo popchnęła naczynie w jej kierunku.
- Do dna, kochana – mruknęła, unosząc swoją szklankę do ust i patrząc na Mayer wyczekująco.
- Czekaj… Naprawdę mam to wszystko wypić za jednym razem? – w oczach dziewczyny pojawiło się przerażenie, które pogłębiło się tylko, gdy Eleanor wzruszyła ramionami.
- Co za problem? Robiłam to już nie raz. Poza tym… uwierz, że naprawdę tego potrzebujesz. Od samego patrzenia na ciebie człowiek robi się nerwowy. Także – wysunęła lekko szklankę w jej kierunku – na zdrowie i do dna.
Darcy zacisnęła powieki i przytknęła naczynie do ust, przełykając potężne łyki alkoholu zmieszanego z sokiem pomarańczowym. Eleanor oczywiście skończyła pierwsza, krzywiąc się nieznacznie. Chwilę później Mayer dołączyła do niej, odstawiając szklankę z hukiem. Głośno wciągając powietrze, otarła usta wierzchem dłoni.
- Chryste, chcesz mnie zabić? – sapnęła, chwytając karton soku jak ostatnią deskę ratunku. Nie zaprzątała sobie głowy niczym, po prostu zaczęła pić bezpośrednio z opakowania, ignorując lekki uśmieszek Calder.
- Nie – powiedziała beztrosko – po prostu rozluźnić. A teraz pozwól, że zapytam – chodzi o Harry’ego czy Liama?
Mimo swoich przypuszczeń, Darcy i tak była zniesmaczona niedyskrecją Louisa. Czując, jak zaczyna jej szumieć w głowie, a alkohol wartko płynie z krwią, powodując radosne uczucie lekkości. Zachichotała niekontrolowanie i potrząsnęła głową.
- Serio? Louis kompletnie niczego nie potrafi przed tobą ukryć? Czy może po prostu jest takim plotkarzem?
- To drugie zdecydowanie nie – odparła Eleanor stanowczo, zabierając się za nalewanie drugiej kolejki – Może i robi z siebie wariata przez większość czasu, ale potrafi się zachować w poważnych sytuacjach. Zwłaszcza, że Harry jest jego najlepszym kumplem i zrobiłby dla niego wszystko. Po prostu… umiem zauważyć, kiedy coś go gryzie, a potem umiejętnie to wyciągnąć, uwierz mi.
- Wolę nie wiedzieć, jak – mruknęła Darcy, widząc znaczącą minę Calder – I odpowiadając na twoje pytanie – sama nie wiem, o którego bardziej, ale… - wyprostowała się nagle, celując w nią ostrzegawczo palcem – jeśli się komuś wygadasz, to zetrę cię z powierzchni ziemi, jasne?
- Bardzo się boję – zakpiła Els, wiążąc rozpuszczone włosy w niedbałego koka na czubku głowy – Ale jasne, nic nikomu nie powiem.
- Nawet Louisowi? – zapytała ostrożnie, bojąc się, że ten układ działa w dwie strony.
- Masz moje słowo – powiedziała brunetka poważnie – Potrafię dobrze ukrywać swoje myśli, nie musisz się martwić. A teraz mów, co się dzieje.
- Sama nie wiem, od czego zacząć – Darcy westchnęła, czując, jak nieprzyjemny ciężar znowu przygniata jej pierś. Wobec tego upiła kolejny łyk alkoholu, chcąc chociaż przez chwilę poczuć się lepiej. Od dłuższego czasu coś nie pozwalało jej głębiej odetchnąć i zastanawiała się, kto był poważniejszą przyczyną tego stanu.
- Może od Liama – zaproponowała Eleanor – Mam wrażenie, że to jest trochę mniej skomplikowane…
- Sama nie wiem, El, czy cokolwiek w moim życiu można nazwać teraz prostym – stwierdziła Mayer, nerwowo bawiąc się swoimi palcami – Po prostu… nie wiem, jakim cudem do tej pory nie zauważyłam, że Liam oczekuje ode mnie czegoś więcej, niż przyjaźni.
- Serio tego nie widziałaś? –ton przyjaciółki był sceptyczny – Bo… wybacz, ale to się rzucało w oczy jakoś na kilometr.
- Boże – jęknęła Darcy, chowając twarz w dłoniach – uwierz mi, że on zawsze taki był, odkąd się poznaliśmy, poza tym… umawiał się z innymi dziewczynami, dopiero niedawno zaczął być… no wiesz… taki.
- Jaki? – głos Eleanor złagodniał i jakimś cudem znalazła się obok Darcy, oplatając ją delikatnie ramieniem.
- Gdyby mógł… wyrzuciłby z mojego życia wszystkich chłopaków, pozostawiając tylko siebie – głos Mayer zaczął niekontrolowanie drżeć, a uścisk brunetki nieznacznie się zacieśnił, przesyłając tak potrzebną otuchę. – A ja… nie jestem w stanie tego zrobić, bo…
- Bo jest Harry, tak? – podpowiedziała jej Eleanor, na co ciało Darcy od razu się spięło, jakby przepłynął przez nie prąd. Tak się czuła. Jak za każdym razem, kiedy ją dotknął. Kiedy ich spojrzenia chociażby się spotkały, na krótką chwilę – Spokojnie, Darcy. Uwierz, że wszystko rozumiem.
- To nie tak… - Mayer pochyliła głowę, czując, jak łzy płyną po jej policzkach. Nie umiała się powstrzymać, nie potrafiła dłużej tłumić emocji, które rozrywały ją od środka – Sama nie wiem, jak właściwie można nazwać to pojebane coś między nami. On… zrozumiesz, jeśli powiem, że nie umiem przy nim swobodnie oddychać? A kiedy go nie ma… jest chyba jeszcze gorzej.
- Zakochałaś się? – łagodny szept Calder nieco ją otrzeźwił.
- Boże, nie! – zaprzeczyła chyba nieco zbyt gwałtownie – On jest najmniej odpowiednią osobą do tego, wiesz?
- On nie jest zły – zaprzeczyła Eleanor, przesuwając palcami po włosach młodszej przyjaciółki – Tylko bardzo, bardzo pogubiony. W ciągu miesiąca stracił chyba wszystko, co miał najważniejszego. Popełnia błędy, ale… ciągnie go do ciebie, bo podświadomie szuka stabilnego punktu, chociaż zarzeka się, że tego nie chce.
- Wiem – odparła Darcy, przewracając oczami – Louis mówił to samo, że być może jestem jedyną osobą, która może mu pomóc, że tak bardzo mnie potrzebuje… A ja nie wiem, nie mam pojęcia, co zrobić.
- Jakkolwiek banalnie to zabrzmi – zaczęła Eleanor spokojnie, ważąc każde słowo. A Darcy tylko utwierdziła się w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję, dzwoniąc akurat do niej – nie możesz być wiecznie niezdecydowana. Ostatecznie kogoś zranisz, mniej lub bardziej, ale nie możesz tkwić w takiej sytuacji, jak obecnie. Musisz… po prostu przyznaj przed sobą, na kim ci bardziej zależy. Nie jak na przyjacielu. Jak na osobie, bez której nie potrafisz normalnie funkcjonować, bo o to w tym chodzi… I wiesz co? – zapytała po długiej przerwie, przerywanej jedynie cichym szlochem Darcy.
- Tak?
- Mogę się założyć, że ty i Harry… To nie jest tak, że tylko on cię potrzebuje. Patrzę na ciebie, słucham, jak o nim mówisz i.. czuję, że to jednak działa w dwie strony, Darcy.
Po raz pierwszy tak bardzo nienawidził swojego pustego mieszkania. Od dwóch godzin obijał się po nim niczym zranione zwierzę, starając się stłumić ochotę rozniesienia go w drobny pył. Chociaż może to byłoby dobre rozwiązanie. Może pozwoliłoby mu tak po prostu przestać myśleć. Może przed jego oczami przestały przesuwać się chore scenariusze z Darcy i Liamem w roli głównej. Nie powinno go to w ogóle obchodzić. Nigdy nie chciał, aby Mayer stała się w jego życiu kimś znaczącym. Kimś, kto będzie sprawiał, że ciało chłopaka zapłonie nawet pod nieznacznym dotykiem, a samo spojrzenie, nawet przelotne, wzbudzi niepotrzebne pragnienia. Miał wrażenie, że bez jej obecności w tym miejscu nie ma czym oddychać. Tak, jakby wychodząc, zabrała potrzebny mu tlen, a odbierając telefon od Payne’a, tylko pogłębiła to wrażenie.
Nienawidził siebie. Nienawidził swojego najlepszego przyjaciela za to, że przerwał tamtą chwilę, gdy dopiero zaczynał zaspokajać swój głód, jak pieprzony narkoman. Nienawidził Darcy, za to, że to od niej był aż tak uzależniony.
Sam nie wiedział, kiedy to się stało. Nie miał pojęcia. Może wtedy, po imprezie w klubie, gdy obudził się w jej mieszkaniu. Albo na rocznicy Louisa i Eleanor, kiedy w końcu ją pocałował, wprowadzając przynajmniej część fantazji w świat realny. A może… może to się stało już na samym początku, gdy pojawiła się na balkonie, patrząc tak niepewnie swoimi niebieskimi oczami.
A może każda cholerna rzecz była tego przyczyną.
Upił pokaźny łyk prosto z butelki z wódką, opierając się nieco bezładnie o ścianę w korytarzu. Przed sobą miał lustro i mógł zobaczyć, w jak fatalnym jest stanie. Jego włosy, zazwyczaj w nieładzie, teraz wyglądały strasznie, porozrzucane na wszystkie strony, jakby poraził je prąd. Na twarzy, lekko zaczerwienionej pod wpływem alkoholu, widać było wyraźne ślady zmęczenia. Nie przespał zbyt dobrze ostatniej nocy, kotłując się w pustym łóżku i mamrocząc do siebie z wściekłością. Zrobiła to, co zwykle, po prostu uciekła, zostawiając go z własną złością i frustracją, którą jak zwykle musiał wyładować samodzielnie. Pod osłoną nocy, w głuchej ciszy, przerywanej jedynie jego ciężkim oddechem, gdy dochodził, myśląc o szaleństwie, jakie towarzyszyło każdemu ich dotknięciu.
- Nie jest z tobą dobrze, stary – wymamrotał, śmiejąc się chrapliwie – Jak zwykle urżnięty, wyglądasz fatalnie i… och, no tak. Straciłeś właściwie wszystko.
Z tej ponurej rozmowy z własnym odbiciem wyrwał go dzwonek do drzwi. Zatoczył się lekko, gdy odrywał plecy od ściany i chwiejnym krokiem podszedł do drewnianej płyty, szarpiąc za klamkę. Powitały go chłodne oczy, patrzące na niego spod gęstych, ciemnych brwi. Zaśmiał się po raz kolejny, opierając czoło na ręce ułożonej na framudze drzwi.
- Wpuścisz mnie czy będziemy tak stać? – zapytała wysoka blondynka w futrzanej kamizelce – Twój telefon był tak desperacki, że nie mam zamiaru tutaj sterczeć dłużej, niż to konieczne.
- Jasne – wybełkotał, odsuwając się lekko, aby wpuścić dziewczynę do środka i zamknąć szybko drzwi – Jak zwykle miła i delikatna, prawda, Cara?
- Nie mam czasu na pieprzenie bzdur – warknęła, rzucając kamizelkę niedbale na wieszak i grzebiąc w torebce – Dzwonisz tak rzadko, że doskonale wiem, o co ci chodzi, chociaż zakładam dwie opcje. Albo potrzebujesz dobrego seksu, albo… co kompletnie do ciebie niepodobne – dobrych używek.
- Zaskoczę cię – mruknął, niedbale odstawiając prawie pustą butelkę gdzieś na szafkę. Zimne oczy dziewczyny błysnęły w zaskoczeniu, gdy podszedł, oplatając jedną ręką jej talię, a palcami drugiej wyplątując z uścisku dziewczyny niewielką paczuszkę z białym proszkiem – Obu tych rzeczy. Ale zacznijmy od drugiej, okej?
Pocałował ją krótko i niestarannie, nie czując praktycznie nic. Faktycznie, spotykali się bardzo rzadko, kiedy jedno lub drugie miało dość swojego życia i płci przeciwnej. Co było plusem tej relacji? Brak pytań, brak tłumaczenia się, brak rozsądnych odpowiedzi. Po prostu ględzenie bzdur, kilka drinków i przyjemny, niezobowiązujący seks. Potem każde wracało do swojego życia. Tak będzie i tym razem.
Nie brał zbyt często, nie chciał zagłębiać się w to gówno. I tak czuł się jak ścierwo na samym dnie, nie potrzebował dodatkowych powodów. Po prostu cieszył się orzeźwiającym uczuciem, gdy biały proszek przebiegł gładko przez jego układ oddechowy, dając euforię i lekkość, której tak szukał. Potem… nie musiał pamiętać zbyt wiele, naprawdę nie. Tylko błyszczące oczy Cary z rozszerzonymi źrenicami, które szybko przeobraziły się w inne, znacznie łagodniejsze i mniej zimne.
Miał nadzieję, że to odejdzie szybko, ale tak się nie stało. W ciemnej, dusznej sypialni, pośród zaplątanych prześcieradeł, dotykał ciała Cary, wywołując jej jęki, ale to wszystko było zbyt surrealistyczne. Nie widział tej dziewczyny, nie naprawdę. Ciągle miał wrażenie, że sprawia przyjemność zupełnie innej osobie i właśnie te fantazje doprowadziły go na szczyt, gdy w końcu odchylił głowę, wydając z siebie zdławiony dźwięk. Wilgotne loki przyczepione do czoła, roziskrzone zielone oczy i ciało pokryte delikatną warstwą potu, mięśnie drżące spazmatycznie – żaden z tych objawów nie był zasługą pięknej modelki, leżącej tuż pod nim. Prawdziwa przyczyna spędzała teraz czas z jego przyjacielem i nawet w obecnym stanie, poprzez burzę innych emocji, poczuł złość.
Ale co było gorsze? To cholerne uczucie bezdechu, towarzyszące mu za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślał. Kiedy myślał o niej.
czytasz? skomentuj. każda opinia jest dla mnie ważna, nawet najkrótsza :)