wtorek, 28 stycznia 2014

11.

Kilka pierwszych dni następnego tygodnia upłynęły naprawdę spokojnie. Poniedziałek był dla Darcy o wiele mniej stresujący, niż to sobie wyobrażał. Leigh, Clarissa i George przechwycili ją już przed szkołą, ani przez moment nie pozwalając, aby czuła się źle czy niezręcznie. Wykładowcy byli naprawdę różni – jedni sympatyczni, traktujący uczniów jak partnerów do pracy, drudzy spięci i sztywni. Łączyła ich ekscentryczność – tak, jak przystało na nauczycieli w szkole o takim profilu. Zajęcia były na razie dosyć luźne, polegały głównie na omawianiu spraw organizacyjnych, integracji grup i innych bzdurach. Darcy cieszyła się, że ma drugą grupę znajomych – w przeciwnym razie na pewno sfiksowałaby od zbyt dużej ilości oryginałów. Patrząc na to, w jaki sposób niektórzy chodzili ubrani czy uczesani, naprawdę czuła się jak wrzucona z innego świata.
Na szczęście nadszedł jednak zbawienny piątek, co większość powitała z ulgą. Leigh skończyła zajęcia wcześniej, ale obiecała, że jakoś w niedzielę wpadnie na kawę i pomoże Darcy do końca się urządzić. Clarissa żyła w swoim świecie – została na Sali treningowej, aby dopracować jakiś ruch, z którego była niezadowolona. Kilka dni wystarczyło, aby Mayer zaklasyfikowała ją jako bardzo sympatyczną, ale nadmiernie ambitną. Wobec tego, zdana chyba sama na siebie, ubrała beżowy, ciepły płaszcz, a czarny, dziergany szalik udrapowała na ramionach – wiał mocny wiatr, nawet jak na londyńską pogodę. Żałowała, że nie zabrała ze sobą czapki. Obstawiała pięć minut – po tym czasie na pewno będzie wyglądała jak strach na wróble. Albo gorzej.
- Darcy!
Przystanęła na schodach, kuląc ramiona pod wpływem gwałtownych podmuchów. Głos należał do George’a, który niemal w biegu naciągał czapkę na krótkie, blond włosy. Uśmiechnęła się lekko. Jego nie dało się zaszufladkować. Był po prostu bardzo sympatycznym, zdolnym chłopakiem. Oglądało się za nim sporo dziewczyn, czemu nie należało się dziwić. Na szczęście dla Darcy, zupełnie nie gustowała w takim typie urody, dlatego bez przeszkód mogła się z nim zaprzyjaźnić.
Zdecydowanie wystarczały jej inne komplikacje, którymi szczerze nie chciała zawracać sobie głowy. Wystarczyło, że spędziła przynajmniej trzy dni, zastanawiając się, co się dzieje ze Stylesem. Nie widzieli się ani razu od czasu jej pamiętnego wyjścia do klubu, a on nie dawał nawet znaku życia. Nie powinna czuć się rozczarowana, w końcu mogła się spodziewać, że zachowa się w taki sposób, ale i tak… miała wielką ochotę umieścić swoją niewielką pięść na jego gładkim policzku, wyładowując frustrację.
Dobrze, że miała jeszcze taniec. Przynajmniej w ten sposób odreagowywała część stresu. Miała chociaż to.
- Co tam? – zapytała, odgarniając niesforne, targane wiatrem kosmyki, które natrętnie właziły jej do oczu.
Kiedy tylko George się z nią zrównał, skierowali swoje kroki ku wyjsciu. Darcy objęła się ramionami, próbując wygenerować trochę więcej ciepła. Nie mogła się doczekać momentu, w którym wejdzie do ciepłego mieszkania, włączy jakiś film i pogrąży się w lenistwie.
- Jestem ciekawy, jak tam twój pierwszy tydzień w studio – powiedział, uśmiechając się szeroko.
Właśnie w tym momencie, kiedy otwierała usta, aby odpowiedzieć, jej telefon rozbrzmiał krótką melodyjką. Spojrzała na niego przepraszająco i wyciągnęła urządzenie z kieszni. Zielona dioda mrugała złowieszczo, sygnalizując nadejście wiadomości. Niecierpliwym ruchem przesunęła palcem po ekranie.
Liam J :

Czarny bus stoi dokładnie za Twoimi plecami. Przeproś kolegę i chodź tutaj.

Zaniepokoił ją lekko oschły ton sms-a. Nie mogąc się powstrzymać, odwróciła się nieznacznie, aby sprawdzić, czy słowa Payne’a są prawdą, czy może jakimś głupim żartem. Okazało się, że to pierwsze. Czarny, lśniący van faktycznie zaparkował na jednym z miejsc pod szkołą. Nie mogła niczego dojrzeć zza przyciemnionych szyb, ale wiedziała, że każdy moment zwłoki jest bardzo niewskazany.
- Było naprawdę… naprawdę fajnie. Szybko się zaaklimatyzowałam – rzuciła, lekko przytupując. Nie wiedziała, jak rozwiązać tę niezręczną sytuację.
- Ktoś na ciebie czeka? – zapytał George, patrząc na nią uważnie, a drugą dłonią pocierając tył głowy.
Przytaknęła, uśmiechając się przepraszająco. Miała ochotę zabić Liama za to, że napisał jej takiego rozkazującego sms-a. Naprawdę tego nie lubiła. Jej były chłopak, z którym spotykała się jeszcze w Nowym Jorku, miał podobne tendencje. Czuła, że przyjaciel nie zrobił tego umyślnie, ale… to wcale nie sprawiało, że irytacja stała się mniejsza.
- Okej, miałem zaproponować jakąś kawę, ale… innym razem – wzruszył lekko ramionami, po czym pochylił się w stronę Darcy i musnął ustami jej policzek – W takim razie do zobaczenia w poniedziałek, tak?
- Jasne – potwierdziła Mayer – I na pewno nadrobimy, obiecuję.
Skinął głową i odszedł. Darcy przez chwilę patrzyła za jego oddalającą się sylwetką, po czym zacisnęła dłonie w pięści i powoli odwróciła się w stronę busa. Miała nadzieję, że Liam ma dobrą perspektywę na jej zaciśnięte w wąską linijkę usta i lekko przymrużone oczy. Bardzo szybkim krokiem zbliżyła się do samochodu, ale zanim zdążyła złapać za klamkę, ktoś zrobił to za nią.
Nawet się nie spostrzegła, gdy czyjaś silna dłoń chwyciła ją za nadgarstek i wciągnęła do środka, a inna zasunęła szybko drzwi. Niezgrabnie klapnęła na jedno z siedzeń, nieco roztargnionym spojrzeniem usiłując odnaleźć się w sytuacji. Znajdowała się we wnętrzu busa, otoczona dokładnie całym One Direction. Po jej prawej stronie siedział Zayn i to najprawdopodobniej on wciągnął ją do środka. Po lewej – Liam, o bardzo nieokreślonej minie. Naprzeciwko Zayna rozwalił się Niall, jak zwykle coś przeżuwając. Przed sobą Darcy miała Tomlinsona, który nieobecnie skinął jej głową, pogrążony w sms-owaniu.
A przy oknie siedział Harry, z głową opartą o szybę i zielonymi, przenikliwymi oczami wpatrzonymi w Mayer.
Z całej siły starała się zignorować fakt, że jej żołądek nagle skurczył się do bardzo niewielkich rozmiarów, a serce zamarło, gdy przeniosła wzrok z jego twarzy na duże dłonie, złożone na kolanach.
- Mogę wiedzieć – powiedziała cicho do Liama, kiedy tylko chłopcy wrócili do swoich rozmów i innych zajęć. Oprócz Stylesa, oczywiście – co to ma w ogóle znaczyć?
- Nic? – odpowiedział kpiącym pytaniem, lekko się krzywiąc – Zabieramy cię do studia, tak, jak obiecaliśmy.
- Nie mogliście mi powiedzieć o tym wcześniej? – Mayer wyrzuciła ręce w górę, lekko podirytowana – Dlaczego nie pomyślałeś, że mam jakieś plany?
- Z Georgem? – Payne podkreślił wyraźnie imię chłopaka, a Darcy wcale nie czuła się pewniej pod ostrzałem spojrzeń Harry’ego. Liam na szczęście kompletnie nie zwracał na to uwagi.
- Nawet jeśli, to co? – wycedziła Mayer, czując, że zbliża się kłótnia i jest to naprawdę niewłaściwe miejsce – Poza tym, co to za sms? Nie lubię, kiedy ktoś mi rozkazuje, Liam, dobrze o tym wiesz. I jeśli masz się tak zachowywać, stroić fochy nie wiadomo, o co, to może lepiej od razu wysiądę i pójdę do domu.
Zamilkła, oddychając ciężko i wbijając wzrok w jakiś punkt za oknem. Nie zamierzała przepraszać, ponieważ nie czuła się winna. To Liam zachowywał się zupełnie nieracjonalnie, denerwując się tylko o to, że mogła mieć jakiekolwiek inne plany. Bez przesady. Dodatkowo wcale nie pomagał jej fakt, że oczy Harry’ego również wyrażały jakiś dziwny gniew, bardzo… intensywny i klaustrofobiczny. Miała ochotę zamknąć oczy i znaleźć się gdzieś indziej. Po raz pierwszy w towarzystwie chłopców czuła się wyjątkowo niezręcznie.
Po chwili jednak poczuła dłoń Liama, niepewnie przesuwającą się po jej udzie. W końcu dotarła do jej własnej i splotła ich palce razem. Darcy zerknęła na przyjaciela, którego twarz w tym momencie wyrażała czyste zmieszanie i poczucie winy. Wyraz jego czekoladowych oczu, lekko wysunięta dolna warga i uniesione brwi sprawiły, że część gniewu od razu odeszła. Odwzajemniła lekko uścisk, potrząsając w zdziwieniu głową. Jak mógł być jedyną osobą, która tak szybko odganiała od niej negatywne emocje? Nawet wtedy, gdy to on bezpośrednio był ich przyczyną.
- Przepraszam – wymamrotał, przesuwając opuszkami palców po materiale dżinsów Mayer – Nie wiem, co mi odbiło, serio. Naprawdę… naprawdę przepraszam, chcę, żebyś się dzisiaj dobrze bawiła.
- Okej, wybaczam – uśmiechnęła się Darcy, hamując odruch przytulenia się do Liama – Pogadamy o tym później, może.
Po tych słowach nieświadomie przesunęła spojrzeniem, a krew w jej żyłach zamarzła. Oczy Harry’ego ciskały gromy, a jedna dłoń, do tej pory luźno spoczywająca na kolanie, teraz była zwinięta w pięść. Widziała, jak desperacko przygryza wargę i na sam ten gest poczuła znajome, tęskne ciepło w dole brzucha. Palcami drugiej dłoni, niewidocznej dla Stylesa z tej perspektywy, uszczypnęła się mocno w udo, chcąc przywołać dziwne emocje do porządku. To zdecydowanie nie powinno było się stać. Nagle dłoń Liama, spleciona z jej własną, zaczęła ją parzyć pod palącymi, zielonymi tęczówkami młodszego chłopaka.
Fakt, że zbliżają się do studia, zarejestrowała na podstawie donośnych pisków i wrzasków. Rzuciła Liamowi przerażone spojrzenie. Nie chciała zdjęć i spekulacji w gazetach, a najbardziej bała się szumu wokół jej osoby, który na pewno by powstał. Payne na szczęście szybko ją uspokoił, mówiąc, że podjadą pod tylne wejście, gdzie żadna niepożądana osoba nie ma wstępu.
Ochroniarze chłopców przywitali ją oszczędnymi uśmiechami. Znała już wszystkich, ale niewątpliwie najbardziej polubiła Prestona, który wciąż rzucał zaniepokojone spojrzenia w kierunku nachmurzonego Harry’ego. Darcy wręcz przeciwnie – uparcie starała się nie patrzeć w jego stronę, bojąc się własnych reakcji.
Paul również powitał ją serdecznie. Zdążyła go poznać niemalże na samym początku pobytu w Londynie, na jakimś kameralnym spotkaniu dla zespołu i przyjaciół, z okazji zdobycia nagrody za płytę roku. Wiedziała, że nie przeszkadza mu jej obecność i był pewny zachowania stuprocentowej dyskrecji, ale i tak usiadła w kącie, starając się zachowywać jak najciszej. Chłopcy w tym czasie organizowali sobie napoje, rozkładali się w studio i wygłupiali, jak zawsze. Louis złapał gitarę i brzdąkał na niej pojedyncze akordy, fachowo instruowany przez Nialla. Zayn rozgrzewał gardło, robiąc kilka zapierających dech w piersiach wprawek. Liam właśnie podchodził do Darcy, balansując w dłoniach dwoma kubkami parującego napoju. A Harry… wyjątkowo nie sztyletował Mayer wzrokiem, odwrócony do okna i wściekle wystukujący coś na klawiaturze telefonu.
O dziwo, dwie sekundy później jej komórka zawibrowała. Darcy o mało nie rozlała wokół siebie wrzątku, gdy wyplątywała telefon spomiędzy zwojów materiału.
Nieznany numer:

Uważaj, tancerze, zwłaszcza ci z blond włosami, to straszne kutafony. Tak tylko mówię, May.

Uniosła gwałtownie głowę, natrafiając prosto na rozbawione spojrzenie oczywistego nadawcy sms-a. Pamiętał. Jakimś cudem pamiętał to idiotyczne przezwisko, które jej nadał wtedy, wtedy kiedy rzekomo był kompletnie pijany. Miał niczego nie pamiętać. Czuła się oszukana, dlatego ostentacyjnie zablokowała telefon i wrzuciła go do torby. Widząc to, Harry ponownie poczuł nieokreśloną złość, a iskierki humoru w jego oczach zgasły, zastąpione przez pieprzoną frustrację, która chyba już nigdy nie miała go opuścić. 
- Dobra, chłopaki – zawołał przez mikrofon jeden z dźwiękowców – Bez gadania, zaczynamy.
Chłopcy natychmiast zajęli swoje miejsca, porzucając wszystkie dotychczasowe zajęcia. Nawet twarz Harry’ego stała się bardziej skupiona, gdy poprawiał położenie mikrofonu. Gdy wszyscy byli już gotowi, usłyszała pierwsze, ciche dźwięki nagranych instrumentów.
Wejściowa partia należała do Harry’ego. Wystarczyło kilka pierwszych taktów, aby ten zachrypnięty, melodyjny głos porwał Darcy w swoje szpony. Przechyliła się bezwiednie, mocno zagryzając wargę. Nie mogła oderwać wzroku od ust Stylesa, poruszających się tak cholernie miękko i pewnie. Miał przymknięte oczy, więc nie mógł jej widzieć, ale czuł to spojrzenie i przez to palce, swobodnie spoczywające gdzieś na boku metalowej powierzchni mikrofonu delikatnie się wokół niego zacisnęły. Śpiewał tę cholerną, durną piosenkę o miłości, którą napisali jego zakochani kumple i po raz pierwszy te słowa jakoś mocniej do niego przemówiły. To nie tak, że się zakochał. Nie. Zdecydowanie nie. Po prostu… chyba w jakiś sposób zaczynał się od niej uzależniać.
Mayer z trudem odwróciła wzrok, gdy jego solo się skończyło, a nadeszła pora na piękny, ciepły głos Liama. Skupiła się na przyjacielu, nie miała jednak podobnych wrażeń, jak poprzednim razem. Jej wzrok uparcie wracał do zielonookiego, siedzącego na wysokim stołku i uparcie wpatrującego się w swoje buty. Kilka loków opadło na czoło chłopaka, a długie rzęsy rzucały długi cień na policzki. Był piękny, boleśnie i nieprzyzwoicie piękny. Nikt nie powinien wyglądać jak anioł, ale on z lekkością łamał tę zasadę.
Nie wiedziała, że w oczach Harry’ego wygląda dokładnie tak samo.

A obydwoje nie zdawali sobie sprawy, że obserwują ich uważnie niebieskie, przenikliwe oczy. Louis widział to wszystko i zastanawiał się, jak źle będzie, jeśli te dwie silne osobowości w końcu zderzą się ze sobą. To było nieuchronne, jak jeden z wielkich żywiołów. Nie mógł tego zatrzymać, mimo wszystkich ostrzeżeń. Fascynacja obojga była chora, ale tak intensywna, że wiedział, iż jego rolą będzie tylko przyglądanie się postępującej katastrofie.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

10.


Harry obudził się w środku nocy z ciężkim, rwanym oddechem wyszarpującym się z samego dna płuc. Pościel wokół niego była rozkopana i lekko wilgotna od potu. Przez chwilę leżał bez ruchu, z szeroko otwartymi oczami. Próbował odnaleźć się w rzeczywistości, wybudzony ze snu, który tak bardzo na niego wpłynął.
Dopiero po kilku minutach zorientował się, że nie leży w swoim łóżku, w swojej sypialni, a zajmuje pokój gościnny Louisa.  Tomlinson, tak jak obiecał – a raczej zagroził – przyjechał po niego o dziewiętnastej, nie przyjmując żadnego słowa sprzeciwu. Harry zdawał sobie sprawę, że gdyby faktycznie wyszedł na jakąś imprezę, starszy przyjaciel wprowadziłby swoje obietnice w czyn. Miał rację, byli pieprzonymi gwiazdami. Wystarczył chociażby jeden niewinny tweet w stylu „Mój Hazza się zgubił :(” czy coś w tym rodzaju, aby każdy w promieniu trzech tysięcy kilometrów zaczął szpiegować. Wszystko dla swoich idoli – jednego zmartwionego, a drugiego zaginionego. Jeden pieprzony, niewinny tweet, a byłby zgubiony. Dlatego skapitulował. Miał jeszcze jeden powód – w ten sposób mógł go przynajmniej na jakiś czas uspokoić. Wiedział, że za kilka dni i tak wprowadzi swoje plany w czyn, ale Louis absolutnie nie musiał o tym wiedzieć.
Wobec tego złapał kilka butelek piwa i pojechał z Lou do jego mieszkania. Eleanor nie było – spędzała kilka wolnych od pracy dni z rodziną, więc Tomlinson miał zupełnie wolną przestrzeń. To nie tak, że Harry jej nie lubił, wręcz przeciwnie. Miał po prostu wszystkich dość. Ich współczujących spojrzeń, mentalnego poklepywania po plecach. Gdyby mogli, obsiedliby go ze wszystkich stron, podtykając pudełka chusteczek pod nosem. Nie potrzebował tego. Chciał po prostu… na chwilę przestać czuć tę pustkę, która zgniatała od środka. Wystarczyła mu sama świadomość, że jest źle, naprawdę źle. Stracił najważniejszą osobę w swoim życiu, a druga – Gemma – nie chciała go najwyraźniej znać. Od pogrzebu nie zadzwoniła ani razu. Każdy dzień tego milczenia wbijał w jego serce kolejne ostrze i rozszarpywał brzegi wielkiej, czarnej pustki.
A teraz… teraz obudził się, oddychając ciężko i będąc tak cholernie podnieconym. Tak, dokładnie o to chodziło, to to uczucie nie dawało mu ponownie zasnąć. Właściwie nie pamiętał swojego snu. Wiedział tylko, że był powolny i cholernie intensywny. Tak intensywny, że teraz bokserki ciasno opinały jego członka, a szorstki materiał dodatkowo podrażniał erekcję.
Boże, prawie zapomniał, jakie to było uczucie.
Naprawdę. Od pogrzebu czegoś takiego nie doświadczył. Nie sam. Na imprezach zdarzyło mu się poderwać kilka kobiet i po tym zapoznać się z wnętrzem ich sypialni, ale nie czuł czegoś tak intensywnego. Potrzebował jakiegoś bodźca, odsłoniętego ciała, mocniejszego dotyku. Sam sen już dawno nie doprowadził go do takiego stanu.
Wiedział, że musi sobie z tym jakoś poradzić. W przeciwnym razie się nie uspokoi. Na pewno nie. Sięgnął dłonią w dół, lekko przygryzając wargę, gdy jego palce ciasno objęły erekcję pod materiałem bielizny. Nie wiedział, dlaczego właśnie wtedy przed oczami stanęła mu ta twarz. Niebieskie oczy, delikatne rysy i karmelowe włosy, drażniące jego policzek, gdy kładł brodę w zagłębieniu jej szyi. Jęknął cicho, przesuwając palcami w dół i w górę. Miał nadzieję, że Louis śpi wystarczająco głęboko, aby tego nie słyszeć. Naprawdę nie chciał myśleć o niej, ale coś mu podpowiadało, że była powodem, dla którego obudził się w takim stanie. Nie wiedział, dlaczego. Była przyjaciółką Liama, zwyczajną dziewczyną.
A może nie.
Doszedł w swojej dłoni, wyginając się lekko w łuk znad materaca. Kiedy wszystkie emocje osłabły, a on opadł z powrotem na pościel, powoli spowalniając oddechy, poczuł się lepiej. Nie w ten krótkotrwały sposób, jak zwykle po szczytowaniu. Czuł, że coś wróciło do normy. Może nie był to najważniejszy szczegół, ale jednak. Nie czuł już tej zimnej obojętności, przynajmniej nie w stu procentach. Odetchnął głęboko, przeczesując palcami włosy i podniósł się. Wiedział, że i tak teraz nie zaśnie, a każda kolejna minuta leżenia w łóżku przyprawiała go o frustrację.
Kiedy doprowadził się do porządku i zaopatrzył w butelkę piwa z lodówki, skierował swoje kroki na przestronny balkon przyjaciela. Przezornie wciągnął na ramiona wyciągnięty, czarny sweter i kiedy podmuch wiatru wywołał na jego przedramionach gęsią skórkę, bezgłośnie sobie za to podziękował.
Zegarek stojący na komodzie wskazywał godzinę trzecią. Harry oparł się o ścianę i zsunął po niej, ostatecznie siadając na chłodnych płytkach. Chłodny, gorzki posmak piwa rozlał się po ściankach jego gardła, dając dziwną ulgę. Zmrużonymi oczami wpatrywał się w rozmigotane światła miasta. Louis mieszkał na dziesiątym piętrze, więc miał stąd doskonały widok. Sam nie wiedział, czy chciał być w jednym z rozjarzonych, dudniących klubów. Wczorajsza wizyta była chyba wystarczająco bogata w skutkach. Wystarczyło, aby przypomniał sobie cokolwiek z chwil na parkiecie, aby znowu poczuł znajome drgnięcie w dole brzucha. Zachichotał, śmiejąc się tym samym z własnej głupoty i przymknął oczy, opierając głowę o chłodną ścianę.
- Odmrozisz sobie tyłek.  – usłyszał nagle znajomy głos.
Gdy odwrócił głowę, zobaczył Louisa, stojącego w wejściu na balkon. Był ubrany o wiele rozsądniej niż młodszy przyjaciel – miał na sobie jedną z tych żenujących piżam w śmieszne wzroki, których nigdy nie pokazał Eleanor. Na ten widok Styles nie był w stanie powstrzymać lekkiego uśmieszku. Zauważył, że Tomlinson jest rozbudzony, na dodatek w jednej dłoni ściska szyję butelki od piwa. Wzruszył więc ramionami i mruknął, ponownie wpatrując się w rozciągające się przed nim miasto.
- Zdarzają się gorsze rzeczy, nie?
Louis nic na to nie odpowiedział. Usiadł za to obok Harry’ego, wysyłając fale ciepła w stronę lekko zmarzniętego chłopaka.  Prawie jak za starych dobrych czasów. Styles chciał coś powiedzieć, coś, co zabrzmiałoby tak jak zwykle. Jak kiedyś. Ale czuł dziwną barierę, przez którą nie potrafił się przebić. Po prostu nie umiał. Sfustrowany, uniósł butelkę do ust i pociągnął duży łyk, pozwalając, aby alkohol lekko ściekł mu po podbródku.
- Wiesz, że w poniedziałek, mamy nagrania, prawda? – odezwał się po chwili Tommo, również osuszając część swojej butelki.
- Jeśli to jest sposób na rozpoczęcie rozmowy, to kiepsko ci idzie, stary – zakpił Harry, patrząc na przyjaciela z lekko uniesionymi brwami.
Louis lekko zakrztusił się alkoholem, a policzki oblekł mu różowy rumieniec. Styles z cichym westchnieniem poklepał go między łopatkami, czekając, aż atak kaszlu minie.
- Och, nie o to mi chodzi – wydukał w końcu mocno zachrypniętym głosem – Po prostu… musimy być w formie, rozumiesz?
- Musimy czy to ja muszę? – uściślił Harry, nie czując nawet złości. To było najgorsze. Żadnych nerwów, niczego. Po prostu obojętność, jakby na niczym i na nikim mu nie zależało. – Dalej, Loueh, wyrzuć to z siebie. Uważasz, że się staczam.
- Boże, nie o to mi chodzi, po prostu… - Louis pokręcił głową, chowając twarz w zgiętych kolanach – widzę, jak to wszystko na ciebie wpłynęło.
- Mówiąc to wszystko masz na myśli śmierć mojej matki? – zapytał Harry z naciskiem, czując cholerny ból w okolicy serca – To chyba nic dziwnego, prawda? Próbuję sobie z tym radzić. Na swój sposób.
- To jest bardzo zły sposób – wymamrotał Tomlinson do dna butelki.
- To jest mój sposób – zripostował zielonooki – Uwierz mi, tato, że nie wyląduję w rynsztoku, jako ostatni ćpun. Panuję nad sytuacją. Nie rozmawiajmy o tym, chociaż przez chwilę.
Przez dłuższy czas znowu siedzieli w ciszy, przyglądając się widokowi przed sobą. Louis co jakiś czas nerwowo postukiwał palcami o płytki, ewentualnie przeczesywał nimi włosy, przez co sterczały w nieładzie na wszystkie strony.
- Jest jeszcze coś – wypalił w końcu, a widząc zmęczony wzrok Harry’ego, wystawił jedną dłoń w geście obronnym – Nie, żadnych kazań. Przynajmniej na razie.
- No mów – westchnął brunet, chwytając w palce rękawy swetra i ściagając je jak najniżej. Chciał uzyskać odrobinę więcej ciepła.
- W przyszłym tygodniu organizujemy z Els… takie małe spotkanie, tutaj – widząc zdumiony wzrok Stylesa, dodał szybko – Nie, nic wielkiego. Tylko zespół i kilku innych znajomych.
- Okej, a możesz mi powiedzieć, z jakiej to okazji, bo nie kojarzę?
Tomlinson zdusił w sobie ochotę zdzielenia Harry’ego w tę najwyraźniej pustą głowę. Przecież akurat on nie miał obowiązku pamiętać o datach ważnych dla niego i Calder, prawda? Miał jednak dziwną obawę… że Styles nie ma głowy absolutnie do niczego, oprócz imprez.
- Mamy rocznicę. Drugą. I pomyśleliśmy… że fajnie by było spędzić ten czas z… no wiesz, bliskimi – zakończył niepewnie, obserwując, jak oczy Stylesa błyskają ciekawością.
- Raczej będę – stwierdził, wzruszając ramionami,jakby nie chciał dawać przyjacielowi żadych złudnych nadziei. Sam nie wiedział, czemu na każdym kroku rani bliskich sobie ludzi, ale nie umiał inaczej. To było silniejsze od niego – A… kto poza tym jest zaproszony?
- No wiesz, Josh… Perrie… no i Darcy, to na pewno. Eleanor powiedziała, że Liam może bez niej nie przychodzić – powiedział lekko Tomlinson, uśmiechając się pod nosem.
Nie zauważył reakcji młodszego chłopaka, zatapiając usta w gorzkim posmaku piwa. A była ona… co najmniej zastanawiająca. Mięśnie Harry’ego zesztywniały, a palce mocniej zacisnęły się na szyjce butelki, gdy usłyszał ostatnie imię. Wróciła dziwna sensacja w dole brzucha. Zagryzł dolną wargę niemalże do krwi, starając się powstrzymać niezrozumiałe emocje.
- Darcy? – wymamrotał niskim głosem, chcąc brzmieć obojętnie – Ona też będzie?
- No… tak – powiedział powoli Louis, unosząc lekko brwi – Wiesz, to najlepsza przyjaciółka Liama i chyba tym samym część naszej paczki.
Harry pokiwał powoli głową, próbując zachować kamienny wyraz twarzy. Louis spojrzał w oczy przyjaciela, które zadziwiająco błyszczały. Wzruszył jednak ramionami, nie chcąc nawet powiązywać tego z osobą Mayer. To tylko alkohol, na sto procent.
- A… - zaczął Harry, zaciskając niewidoczną dla Louisa dłoń w pięść – Liama coś z nią łączy? No wiesz… coś poważniejszego?
Tomlinson zmarszczył brwi, nie rozumiejąc zasadności pytania.
- Nie mam pojęcia – zakończył zdanie, lekko unosząc intonację, w rezultacie zabrzmiało więc ono jak pytanie – Przyjaźnią się, to na pewno i to dość intensywnie. Nic poza tym nie wiem… a czemu pytasz?
Harry potrząsnął głową, w rezultacie czego kilka czekoladowych loków opadło mu na czoło. Zdmuchnął je szybko i wzruszył ramionami, ukazując dołeczki w policzkach.
- Tak po prostu. Jestem ciekawy i tyle.
- Wiesz… - zaczął Louis ostrożnie, próbując w delikatny sposób przekazać coś przyjacielowi – Ona jest… dobra. Zasługuje na spokój, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
Harry uśmiechnął się krzywo, doskonale wyczuwając aluzję. Tomlinson uważał, że w tym momencie jest on definicją wszystkiego, co zaprzeczało spokojowi.
- Na pewno jej go nie zburzę, nie musisz się martwić, daddy. – mruknął, upijając końcówkę piwa. Podniósł się, poklepując lekko przyjaciela po ramieniu – Idę po następne. Też chcesz?
Kierując się jednak do kuchni, zastanawiał się… czy na pewno jego słowa są prawdziwe.
Jakaś siła ciągnęła go do dziewczyny zdecydowanie mocniej, niż tego chciał. A to nie mogło… nie mogło skończyć się dobrze. Nie teraz.

***

Darcy leżała na plecach, zmęczona bezsennością i myślami. Obok niej cicho posapywał Liam, pogrążony w błogiej nieświadomości. Ona nie mogła tak łatwo odpłynąć. Przeszkadzały jej niewygodne obrazy, nawiedzające jej głowę od momentu, w którym usiedli przed telewizorem, aby pooglądać filmy.
Burza brązowych loków, zielone oczy, te cholerne dołeczki i niesamowite usta ją prześladowały. Podobnie jak wspomnienie dotyku i ciężaru jego ciała, gdy opierał się o nią, pogrążony w pijackim amoku. To wszystko przybrało na sile, gdy położyła się spać, a Payne oplótł ją ramieniem w talii. Tak bardzo znajomy gest, a dla niej miał zupełnie inne znaczenie.
Poruszyła się lekko, próbując ułożyć się wygodnie i w końcu zasnąć. Dochodziła trzecia w nocy, a powieki nadal nie chciały się kleić. Westchnęła cicho.
- Darcy – usłyszała nagle głęboki głos Liama, a jego zarast podrapał ją lekko po szyi, gdy odsuwał głowę, aby podeprzeć się na łokciu i spojrzeć z góry – Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie śpisz?
Miała nadzieję, że w mroku jej rumieńce nie będą zbyt widoczne.
- Nie wiem… Trochę się denerwuję pierwszym tygodniem w studio i tak dalej – wymamrotała, błagając niebiosa, aby nie zdzieliły jej piorunem za to kłamstwo.
- A może ci zimno? – zapytał Payne z troską, zauważając, że palce przyjaciółki lekko drżą.
- Trochę… - odparła ostrożnie, mając nadzieję, że to usunie w cień kolejne pytania.
Miała rację. Liam mruknął tylko coś w stylu „zaraz temu zaradzimy” i przyciągnął ją mocno do siebie. Jej głowa spoczęła w zagłębieniu szyi chłopaka, gdy ramię chłopaka oplotło talię i zmniejszyło między nimi dystans. Payne był bez koszulki, ale mimo to nadal zachował przyjemne ciepło. Czuła, jak składa delikatne pocałunki na jej włosach, co w połączeniu z poczuciem bezpieczeństwa i równomiernymi oddechami pozwoliło jej pozbyć się obrazu Harry’ego sprzed oczu i spokojnie zasnąć.
Przynajmniej na jakiś czas.

niedziela, 19 stycznia 2014

9.


Obudził go potworny ból głowy i suchość w ustach. Lekko uchylił powieki, ale szybko ponownie je zamknął, oślepiony promieniami słonecznymi, przedzierającymi się przez do połowy opuszczone żaluzje. Przez chwilę leżał bez ruchu, z dwoma palcami zaciśniętymi u nasady nosa. Przy każdym oddechu do jego nozdrzy docierał delikatny, kwiatowy zapach, którym przesiąknięta była cała poduszka.
Zaraz… przecież jego pościel na pewno nie pachniała w ten sposób.
Gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej, ignorując mocne łupanie w głowie. Szeroko otwartymi oczami rozejrzał się dookoła, kompletnie nie kojarząc pokoju, w którym najprawdopodobniej spędził ostatnią noc. Czuł się kompletnie skołowany. Wspomnienia ubiegłego wieczoru jakoś nie chciały nadejść, mimo, że usilnie starał się skupić myśli. Ostatnią chwilą, którą pamiętał, było pochłanianie kolejnego kieliszka wódki przy barze Gentle Red. Nadal mu to jednak nic nie mówiło, nie pamiętał, aby kogokolwiek wtedy poderwał. Z wielkim wysiłkiem wrócił pamięcią do kilku chwil wcześniej… Nick podający mu niewielką paczuszkę z jedną, białą pastylką… Uczucie zajebistej euforii… Znowu bar… I niebieskooka szatynka, tańcząca na parkiecie z jakimś wysokim blondynem.
- Kurwa mać – zaklął pod nosem, zaciskając mocno powieki. Miał ochotę mocno sobie przywalić.
Właściwie to nie wiedział, dlaczego ten widok tak bardzo mu przeszkadzał. Zapewne było to spowodowane działaniem tabletki, w inny sposób nie potrafił tego wyjaśnić. Jak przez mgłę pamiętał to uczucie przymusu, nakazujące mu podejść do tańczącej pary i brutalnie przeszkodzić. Za to wciąż niezwykle żywy i palący wydawał mu się dotyk nagiej skóry Darcy i sposób, w jaki reagowała na jego najmniejszy ruch.  Miał ochotę zrobić wtedy różne rzeczy. Ostatki świadomości jednak skutecznie go przed tym powstrzymywały, mimo wszystko… Nie było tak, że mu się nie podobało. Wręcz przeciwnie.
Po tej sytuacji, kiedy rozzłoszczona Mayer wróciła do swoich przyjaciół, a on poczuł nieodpartą chęć napicia się, co zresztą zrobił, nie pamiętał już niczego. Najwyraźniej biała pastylka działała z lekkim opóźnieniem, ale bardzo, bardzo skutecznie. Chyba bardziej, niż by tego chciał. Pustka w głowie powodowała frustrację, która jeszcze mocniej pogarszała samopoczucie i ból.
Powoli, jakby każdy ruch wywoływał cierpienie, postawił stopy na jasnych panelach. Zmętniałymi, zielonymi oczami powoli skanował pomieszczenie, chcąc dopasować wystrój do jakiejkolwiek znanej mu osoby. Było jasno, przestronnie i przytulnie. A chyba najbardziej charakterystyczny element stanowiło duże lustro, zajmujące niemalże całą ścianę po jego prawej stronie. Był tam także drążek. Z czymś mu się to kojarzyło, ale otępiały mózg nie miał nawet zamiaru przyswajać informacji.
Podniósł się powoli, zauważając swoją kurtkę i czapkę, leżące na jednym z krzeseł. Chciał stąd jak najszybciej wyjść, chociaż łóżko i prysznic jednocześnie niemalże go wołały. Nie mógł zostać tutaj ani chwili dłużej.
Chwycił swoje ubrania i w roztargnieniu założył rozrzucone buty, stojące niedaleko kanapy. Mieszkanie pogrążone było w ciszy, więc najprawdopodobniej jego właściciel… właścicielka jeszcze spała. Bardzo cicho przeszedł na korytarz, chcąc ulotnić się stąd jak najszybciej.
Zauważył, że jedne z drzwi są lekko uchylone. Jakiś impuls kazał mu się zatrzymać i zajrzeć przez szparę. Coś zmuszało go do sprawdzenia, u kogo właściwie się znajdował.
Sapnął cicho przez nos, gdy zauważył znajome, karmelowe włosy rozrzucone na poduszce. Nie kto inny, tylko Darcy leżała w łóżko, pogrążona w bardzo głębokim śnie. Była okryta kołdrą jedynie lekko powyżej pasa, więc mógł zauważyć większy fragment jej jasnego ciała. Palce chłopaka, do tej pory spokojnie spoczywające na framudze drzwi, teraz zbielały, gdy mocno je zacisnął. Kurwa. Ze wszystkich osób na świecie akurat ona musiała natknąć się na niego, gdy był kompletnie nawalony i… cokolwiek jeszcze. Nadal, kurwa, nic nie pamiętał. Nic. Miał ochotę krzyczeć i walić głową w ścianę, ale wiedział, że obydwie te rzeczy obudziłyby dziewczynę. A tego nie chciał. Jedyne, czego pragnął, to ulotnić się z mieszkania i udawać, że to wszystko nie miało miejsca. Cokolwiek… cokolwiek się wydarzyło.
Chociaż jakaś jego część chciała czegoś innego. I tej części zdecydowanie nie chciał posłuchać. Dlatego cicho zamknął za sobą drzwi mieszkania, modląc się, aby niczego nie usłyszała. Przez chwilę stał, nasłuchując, oparty plecami o drewnianą powłokę. Nic. Kompletna pustka, czarna dziura. Nie wiedział, w jakiej sytuacji go zastała. Widocznie musiało być z nim bardzo źle, skoro zdecydowała się przełamać niewątpliwą niechęć, jaką do niego czuła i go przenocować. Zastanawiał się, jak właściwie dotarł do jej domu i wszystkie opcje powodowały u niego jedynie cichy jęk zażenowania.
Złapał pierwszą taksówkę, jaka tylko się nawinęła. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dochodzi dziewiąta. Dopiero. To dlatego czuł się tak fatalnie. Zazwyczaj soboty spędzał, odsypiając gigantycznego kaca, którego oczywiście teraz miał. Oddałby życie za ciepłe łóżko, herbatę z cytryną i delikatne dłonie, przebiegające po jego włosach…
Właściwie nie wiedział, skąd mu się wzięło to ostatnie.
Kiedy taksówka się zatrzymała, nasunął – jak zwykle – kaptur głęboko na oczy, posiłkując się dodatkowo okularami przeciwsłonecznymi. Nie tylko ze względu na promienie słoneczne. Po prostu kurewsko źle znosił kontakt ze światłem po mocnej imprezie. Zapłacił kierowcy, wysiadając szybko. Pragnął tylko znaleźć się w swoim mieszkaniu.
Najwyraźniej jednak nie było mu to pisane. Nie tak łatwo.
Ponownie zaklął, widząc, kto opiera się o bramę. Podobnie jak on, był zakamuflowany, ale wszędzie rozpoznałby tę sylwetkę. Trzy lata spędzone razem robiły swoje. Zwłaszcza, gdy delikatnie uniósł okulary, ukazując poważne, niebieskie oczy, które niemalże zabijały swoim wyrazem. Harry przełknął głośno ślinę, biorąc kilka głębokich wdechów.
Naprawdę nie potrzebował, aby Louis Tomlinson bawił się w jego tatusia. Miał już dwóch, trzech to zdecydowanie tłok.
- Nie masz lepszych rzeczy do roboty? Nie wiem, robienia śniadania swojej dziewczynie albo… robienia jej czego innego? – zapytał drwiąco, gdy portier wpuścił ich na teren strzeżonego osiedla. Jego głos był szorstki i zachrypnięty jeszcze bardziej, niż zwykle. Desperacko potrzebował czegoś do picia.
- Nie interesuj się tym – warknął Tomlinson, idąc szybko za swoim przyjacielem. Był zmęczony i naprawdę zmartwiony – I tak zaraz wracam do siebie. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego, do kurwy nędzy, nie raczyłeś odebrać telefonu przez cały wieczór.
- Ponieważ byłem na imprezie – Harry spojrzał na Louisa, który ściągnął z głowy kaptur, gdy tylko znaleźli się przy drzwiach frontowych. – Wybacz, ale nie miałem czasu ani ochoty na trzymanie się kurczowo komórki.
- Kurwa, Harry – Louis odetchnął głęboko, zaciskając mocno powieki, jak gdyby starał się uspokoić – Nie rozumiesz, że się o ciebie martwię? Co ty właściwie ze sobą robisz? Ciągle jakieś imprezy, picie… Dragi…
Styles z wściekłością złapał Louisa za nadgarstek i przyparł go mocno do muru.
- Powiedziałem ci, żebyś przestał się martwić, do cholery – warknął, kiedy Tomlinson mrugał szybko, uciekając przed kolejnymi falami bólu, nadchodzącymi z dolnych partii ręki – Daję sobie radę, słyszysz? Jest okej. Niczego nie biorę, nad wszystkim panuję.
- Po pierwsze, puść mnie – Tommo wyszarpnął się z uścisku, mając ochotę uderzyć swojego głupiego, młodego przyjaciela, który kłamał w żywe oczy – Po drugie – nie panujesz, nie jestem idiotą. Gówno mnie obchodzi, czy życzysz sobie mojej troski, czy nie. Będę cię sprawdzał, będę zachowywał się jak wkurwiający ojciec, bo ty zachowujesz się jak gówniarz.
- Powodzenia, Loueh – mruknął Harry, unosząc kąciki ust w ironicznym grymasie.
Tomlinson zbliżył się do niego, z wyciągniętym palcem wskazującym, którym chwilę później dźgnął zielonookiego w klatkę piersiową.
- Pierdol się, Harreh – warknął – Aha, i jeszcze jedno. Dzisiaj wieczorem zabieram cię do siebie. Jeśli gdzieś wyjdziesz – nie tak trudno jest nas złapać, prawda? Jesteśmy pieprzonymi gwiazdami.
Po tych słowach odepchnął się od ściany i odszedł, pozostawiając swojego młodszego przyjaciela z burzą czekoladowych loczków na głowie w stanie permanentnego wkurwienia. Doskonale wiedział, że tym razem Tomlinson wygra. Musiał się poddać, przynajmniej na jeden cholerny wieczór.
Kiedy jednak stał pod prysznicem, a ciepłe strumienie wody spływały mu po ciele, myślał o dotyku małych, jasnych dłoni. Czuł je na swojej twarzy i we włosach. Nie wiedział, skąd mu się wzięło to dziwne wspomnienie. Jednego był pewien – tak cholernie chciał to powtórzyć.

***

Nie było go. Po prostu sobie, kurwa, wyszedł. Nie zostawił żadnej wiadomości, żadnego prostego „dziękuję”. Nic. Jedynym dowodem na jego obecność był intensywny, piżmowy zapach na poduszce. Darcy bardzo rzadko przeklinała. Ale były chwile, kiedy złość osiągała taki poziom, że mogła ją wyrazić tylko wulgarnymi słowami. Dlatego teraz biegała po mieszkaniu z kąta w kąt, usiłując znaleźć jakikolwiek inny ślad po nim i przeklinała pod nosem.
- Pieprzony kutas – warczała, na oślep wrzucając pościel do szafy. Miała to gdzieś. Chciała, aby jego zapach ulotnił się z mieszkania, ale to było cholernie trudne – Niech się tylko pokaże, kurwa mać. Niech się tylko pokaże.
Jakiś uparty głosik z tyłu głowy podpowiadał jej jednak, że mogła się spodziewać czegoś takiego. To był Harry. Wiedziała, że nawet w stanie kompletnego zamroczenia alkoholem… używkami wstydził się swojego zachowania. Dlatego tym bardziej teraz, kiedy względnie wytrzeźwiał, będzie chciał udawać, że nic się nie stało. To jednak nie pomagało. Czuła się wykorzystana. I tylko te przekleństwa powstrzymywały ją od wybuchnięcia płaczem. Nienawidziła u siebie tej cechy – łzy lały się zawsze, gdy wściekłość osiągała apogeum.
Z amoku wyrwał ją dopiero dzwonek do drzwi. Przez chwilę zastanawiała się, kto to właściwie może być, ale zaraz potem wróciła jej pamięć, gdy tylko zerknęła na telefon, leżący na szafce w korytarzu. Wiedziała, że po raz kolejny w jego obecności będzie wyglądała fatalnie – ledwo zdążyła wziąć prysznic i się przebrać – ale to był Liam. Widział ją już w znacznie gorszym stanie.
Powitał ją z szerokim uśmiechem, dwoma kubkami kawy ze Starbucksa i papierową torbą, z której dolatywały smakowite zapachy. Na sam ten widok humor poprawiał się o jakieś pięćdziesiąt procent.
- Pomyślałem, że umierasz – stwierdził, całując ją lekko w policzek i od razu kierując się do kuchni – więc przyniosłem coś dobrego.
- Jakbyś zgadł – mruknęła, przecierając oczy. Gdy tylko odsunęła dłonie od twarzy, zauważyła przenikliwe spojrzenie Liama, opierającego się łokciami o blat wysepki.
- Wszystko w porządku? – zapytał poważnie, a ona modliła się, aby widział tylko zmęczenie, nie permanentne wkurwienie i… może też trochę rozczarowania – Wyglądasz… nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała, ale… nie najlepiej.
- Dzięki – skrzywiła się Darcy – Po prostu jestem zmęczona. Trochę wypiłam, dużo tańczyłam… Sam rozumiesz.
- Poznałaś fajnych ludzi? – zapytał Payne, zajęty wyjmowaniem śniadania z torby – No wiesz, z roku?
- Jasne! – Darcy zawołała entuzjastycznie, starając się wybić z głowy wspomnienie dużych dłoni Harry’ego, leniwie przesuwających się po jej talii – Leigh… ale o niej ci już opowiadałam, poznałyśmy się w dziekanacie… Clarissę, jest baletnicą… och, i jeszcze George’a.
- George’a? – głos Liama stał się jakiś grubszy, ale nie mogła dostrzec jego wyrazu twarzy. Pochylił głowę, nagle bardzo skrupulatnie zajmując się układaniem rogalików na talerzu.
- Um… tak, George’a – powiedziała Darcy powoli, tknięta dziwnym uczuciem – Kolega z roku, przyszedł z Leigh. A… czemu właściwie cię to dziwi?
- Nie dziwi mnie. Jakiś… fajny? – czyżby jej najlepszy przyjaciel był zazdrosny?
Chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Mayer, nie namyślając się dłużej, okrążyła wysepkę i podeszła do Liama, obejmując go od tyłu. W chwili, kiedy jej dłonie dotknęły klatki piersiowej chłopaka, poczuła, jak lekko się rozluźnia i cicho wzdycha.
- Fajny – przytaknęła cicho, chcąc przekłuć tę nadmuchaną, sztywną atmosferę – Ale… no wiesz, znam kilku fajniejszych gości. Na przykład takiego jednego, który przynosi skacowanej przyjaciółce pyszną kawę w sobotę rano. Tak tylko mówię.
Poczuła, jak pierś chłopaka drży, gdy śmiał się cicho i kręcił głową. Wyciągnęła dłoń zza jego pleców i złapała rogalika. Smak brzoskwiniowej marmolady na języku rozpuścił smutek, który jeszcze do niedawna czuła. A Liam… znowu się ożywił. Kiedy zajęła swoje miejsce po drugiej stronie wysepki, w kącikach jego oczu gościły zmarszczki od szerokiego uśmiechu. Darcy odepchnęła od siebie dziwne myśli na temat wcześniejszej relacji przyjaciela i upiła łyk kawy.
- Tak w ogóle – odezwał się znowu – mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
Darcy uniosła brew, zachęcając go do mówienia.
- W przyszłą sobotę robimy małe spotkanie, wiesz, całą paczką. Louis i Eleanor mają rocznicę i chcieliby, żebyś się pojawiła. Ze mną.
- Hm… - Mayer zarumieniła się lekko, zwłaszcza na ton, jakim Payne wypowiedział ostatnie słowa – Nie wiem… nie wiem, czy mogę się zaliczać do tej paczki.
- Oczywiście! – Liam spojrzał na nią prawie jak na wariatkę – Eleanor od razu zaznaczyła, że albo przychodzę z tobą, albo mogę zostać w domu.
- W takim razie chyba nie mogę powiedzieć nie, prawda? – roześmiała się Darcy.
I dopiero po chwili zdała sobie sprawę, kogo właściwie obejmuje tak zwana paczka.
Boże.

piątek, 17 stycznia 2014

8.


Był pijany i to bardzo, bardzo mocno. Właściwie nie kontaktował. Wiedziała, że pod zamkniętymi powiekami źrenice są wyraźnie rozszerzone. Mogła to dostrzec już kilka godzin wcześniej, gdy dopadł ją na parkiecie, odstraszając George’a. Spod granatowej beanie wysunęło się kilka brązowych loczków, co w parze z odsuniętym kapturem czyniło go doskonale rozpoznawalnym.
Darcy pochyliła się, chwytając chłopaka za ramię i potrząsając delikatnie. Jego powieki zadrżały i jęknął cicho, ale poza tym nie uzyskała żadnej dodatkowej reakcji.
- Harry – zawołała cicho, przesuwając dłoń na jego policzek i lekko poklepując.
Nic. Poza gardłowym mruknięciem i faktem, że ruszył głową, wtulając się w spód dłoni Darcy, jakby był małym chłopcem. Dokładnie tak wyglądał, mimo że nie dzieliła ich żadna różnica wieku. Szatynka westchnęła ciężko, zdając sobie sprawę, że w najbliższym czasie nie uzyska od niego żadnej odpowiedzi. O adresie, pod którym mieszkał nie wspominając.
Widząc, jak plama światła na ścianie, pochodząca od reflektorów nadjeżdżającej taksówki, powoli się powiększa, oświetlając tym samym niebezpiecznie Harry’ego, instynktownie zasłoniła jego twarz. Szybkimi ruchami dłoni wsunęła wystające loki nastolatka pod czapkę i głębiej nasunęła kaptur kurtki. Westchnęła z ulgą, wiedząc, że zdążyła, gdy cichy pomruk silnika przybrał na sile za jej plecami.
Nie mogła go tutaj zostawić, to pewne. Nie wiedziała, gdzie mieszka, co czyniło tę sytuację znacznie trudniejszą. Co prawda miała numer zarówno do Louisa, jak i Liama, ale… Dzwonienie do nich w środku nocy nie było najlepszym pomysłem. Już sobie wyobrażała ich spojrzenia oraz jeszcze głębszą nienawiść Harry’ego. Wyjście było tylko jedno, niezbyt dla niej komfortowe, ale… Jakąś częścią swojej świadomości wiedziała, że nie wybaczyłaby sobie, gdyby zostawiła go tutaj albo oddała pod opiekę jego najwyraźniej skrajnie nieodpowiedzialnym przyjaciołom. Poza tym, Chryste, nawet nie wiedziała, do kogo miałaby się zwrócić.
- Pomóc pani? – usłyszała niski głos taksówkarza za swoimi plecami i miała ochotę rzucić mu się na szyję za tę domyślność.
Odwróciła się z zakłopotanym uśmiechem, kiwając głową. Wysoki, siwowłosy mężczyzna bez zbędnych pytań wysiadł z samochodu i podszedł do Harry’ego, zakładając sobie jedno ramię chłopaka na barki i dźwigając go w górę. Darcy starała się mu jakkolwiek pomóc, ale było to cholernie trudne – ciało Stylesa poddawało się wszystkiemu bezwładnie. Ważył chyba dwa razy więcej niż w rzeczywistości. Ciągnięty do samochodu, zachichotał cicho, ale była to jedyna reakcja, jaką od niego otrzymali. Darcy czuła nieprzyjemny ucisk w sercu. Bała się. Bała się, że z chłopakiem może być bardzo źle, dużo gorzej, niż wyglądał. Nie wiedziała, co wziął i ile wypił.
Kiedy Harry znalazł się już w ciepłym i względnie bezpiecznym wnętrzu auta, Darcy zajęła miejsce po drugiej stronie. Szybko podała adres taksówkarzowi, starając się uspokoić szaleńcze bicie serca, gdy ruszali. Głowa Harry’ego bezwładnie opadła na pierś, kiwając się lekko przy każdym wyboju. Bała się, że w ogóle nie otworzy dzisiaj oczy i ta perspektywa przerażała najbardziej. Nie mogła nawet stwierdzić, jak jest źle.
W pewnym momencie jednak, zaledwie dwie przecznice od jej mieszkania, głowa Harry’ego uniosła się powoli, a powieki uchyliły. Darcy zacisnęła rozłożoną na fotelu rękę w pięść, uważnie przyglądając się chłopakowi. Zielone oczy Stylesa jak na zwolnionym tempie przesuwały się po wnętrzu samochodu, ostatecznie spoczywając na wystraszonej szatynce po lewej stronie. Widziała jednak, że zupełnie nie kontaktuje. Wymamrotał tylko coś w stylu „Gemma?”, ale zaraz potem potrząsnął głowę, śmiejąc się cicho, bez cienia rozbawienia. Serce Darcy zacisnęło się we współczuciu. Chłopak miał naprawdę ciężkie życie. Trudno było w tym momencie pamiętać o pierwszym spotkaniu, gdzie po prostu się na niej wyżył. Patrzyła, jak Harry dłonią zaciśniętą w pięść pociera oko, jak sześciolatek. Miała ochotę ponownie dotknąć jego twarzy, ale nie wiedziała, czy to dobry pomysł.
- Da sobie pani radę? – zapytał ponownie mężczyzna, patrząc na nią w lusterku wstecznym.
- Myślę, że tak – wymamrotała Darcy, płacąc i wychodząc z samochodu. – Dziękuję.
Obeszła auto i zatrzymała się przed drugimi drzwiami pasażera, pociągając za klamkę i pochylając się delikatnie. Położyła dłoń na ramieniu Harry’ego, a ten spojrzał na nią mętnym wzrokiem.
- Harry – powiedziała powoli i spokojnie, ignorując fakt, że zaciśnięte na materiale jego kurtki palce lekko się trzęsą – Chodź, idziemy do domu. Musisz się położyć.
- Jestem już duży, mamo – wybełkotał z obrażoną miną. Boże, on naprawdę myślał, że rozmawia ze swoją matką… Pod powieki Darcy nie wiadomo, skąd dostało się nieznośne pieczenie, ale szybko zamrugała.
- Wiem, ale… ale jest już późno. Pójdziesz ze mną? – wyszeptała, starając się ukryć drżenie w swoim głosie.
Po minucie zastanowienia Harry powoli pokiwał głową, niezgrabnie gramoląc się z samochodu. Potykał się o własne nogi tak bardzo, że Darcy musiała mocno złapać go za ramię, aby nie upadł. Po raz kolejny zachichotał pod nosem, gwałtownie oplatając ją w talii i wtulając się w bok, jakby naprawdę był małym dzieckiem. Mayer zachwiała się lekko, ale jakimś cudem udało jej się wyciągnąć klucze z torebki i otworzyć drzwi wejściowe.
Wspinaczka po schodach była istną mordęgą. Harry kilka razy o mały włos nie upadł, przez co pociągał za sobą Darcy. Po dotarciu pod drzwi mieszkania dziewczyna była zdyszana i rozczochrana, ale Styles nadal kurczowo się do niej przytulał. Drżącymi dłońmi otworzyła drzwi i z ulgą powitała znajomy zapach i ciepło mieszkania. Nie zdejmując nawet butów czy czegokolwiek, podążyła do salonu, nie mogąc się doczekać, aż posadzi zgrany tyłek chłopaka na kanapie i uwolni się od ciężaru.
Zaraz, czy właśnie pomyślała o pośladkach Stylesa w takiej kategorii? Nieważne. Sama była zmęczona i trochę wstawiona, to przez to, na pewno.
Chłopak bezwładnie opadł na oparcie sofy, zamykając oczy. Darcy wykorzystała ten moment, aby pozbyć się butów i płaszcza, a także przeczesać palcami niesforne włosy. Zanim wróciła do salonu, odetchnęła głęboko kilka razy. Czekała ją ciężka noc, była tego pewna.
Harry nadal siedział na kanapie, kompletnie obojętny na wszystko, co się dzieje. Darcy usiadła obok niego, zastanawiając się, co robić. Kiedy jednak potrząsnęła dłonią chłopaka, natychmiast na nią spojrzał. Działanie narkotyku powoli mijało, bo jego wzrok był bardziej przytomny, na szczęście. Nie zrobił jednak nic, nawet się nie poruszył. Darcy niepewnie podniosła więc ręce i zsunęła mu kaptur z głowy. Powieki chłopaka natychmiast opadły pod wpływem kojącego dotyku delikatnych dłoni szatynki. Darcy nie mogła powstrzymać uśmiechu. Niepewnie wsunęła palce pod czapkę chłopaka, uwalniając burzę splątanych, brązowych loków. Nie mogąc się powstrzymać, przebiegła nimi po tej czuprynie, co spotkało się z cichym, głębokim pomrukiem. Zabrała dłoń, rumieniąc się lekko.
- Możesz… mi… powiedzieć – wydukał, patrząc na nią spod zmrużonych powiek. Jego rzęsy kładły się długim cieniem na policzkach, uwydatniając kości policzkowe. Dawno nie spotkała tak atrakcyjnego chłopaka, musiała to przed sobą przyznać – dlaczego znowu się spotykamy?
- Och, wiesz – Darcy uśmiechnęła się kąśliwie, czując odrobinę złości na tego wysokiego chłopaka, który nie kwapił się nawet, aby zdjąć kurtkę – miałam nadzieję, że uda mi się zaliczyć pijaną gwiazdę światowego formatu. Wcale nie chodziło o to, że siedziałeś pijany pod ścianą. Ale akurat twój stan się nie zmienił, więc… możesz łaskawie zdjąć kurtkę?
- Widzę, że szyko przechodzisz do rzeczy, May – uśmiechnął się pod nosem. Wciąż bełkotał, ale przynajmniej był z nim jakiś kontakt.
- May? – szatynka wyprostowała się, patrząc na niego ze zdumieniem. Zdecydowanie bredził od rzeczy.
- No wiesz – na blade do tej pory policzki chłopaka wypłynął lekki rumieniec – Twojego imienia nie da się raczej zdrobnić. Mayer – May, rozumiesz?
- Boże, jesteś kompletnie pijany – jęknęła Darcy, wbrew sobie uśmiechając się szeroko – I to zdrobnienie jest głupie. I irytujące.
- Właśnie dlatego zostanie. Bo cię irytuje, May.
- Wal się – mruknęła cicho, wyzwalając tymi słowami złośliwy chichot kompletnie pijanego chłopaka.
Powolnymi ruchami palców zaczął rozsuwać suwak, tak jakby nie miał siły na najmniejszą czynność. Widząc, jak niemrawy jest w każdym geście, z głębokim westchnieniem pochyliła się nad nim, pomagając w ściągnięciu okrycia. Czuła jego ciężki, ciepły oddech na swoim policzku i to trochę ją rozpraszało, ale nie chciała dać czegoś po sobie poznać.
- Butów już ci nie zdejmę – mruknęła, kładąc kurtkę na krześle.
Harry posłusznie skopał swoje brązowe botki, zostając w samych skarpetkach. Widziała, że jego powieki coraz bardziej się kleją, ona sama także padała na twarz. Z szafy w przedpokoju wyciągnęła poduszkę i jakąś pościel, mając nadzieję, że Harry szybko zapadnie w sen. Miała już wejść do pokoju, gdy nagle jej uwagę przykuła mrugająca, zielona dioda w jej telefonie. Zdziwiona, podświetliła ekran i zauważyła ikonkę wiadomości. Kto mógł pisać o tej porze?
Liam J :
Właśnie się obudziłem i chciałem tylko zapytać, czy u Ciebie wszystko w porządku. Jeśli Cię obudziłem to przepraszam, a jeśli śpisz to po prostu odpiszesz rano. Boże, pieprzę głupoty. Po prostu daj znać xx.
Uśmiechnęła się pod nosem, odkładając pościel na bok i szybko wystukując odpowiedź. Mogła się tego spodziewać. Jeszcze w 2008 roku, czy nawet wtedy, gdy dzieliły ich tysiące kilometrów, zachowywał się w ten sposób. Gdy tylko wychodziła na jakąś imprezę, zawsze „budził się w środku nocy” i pisał. Najwidoczniej nic się nie zmieniło. Ta myśl dodała jej dziwnej otuchy.
Darcy:
Nie, nie obudziłeś mnie i nie, nie śpię J Właśnie wróciłam do domu i zaraz wskakuję pod prysznic. Idź już spać, a jutro w wolnej chwili wpadnij xx.
Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko. Mayer miała ochotę roześmiać się głośno, ale wiedziała, że to spotkałoby się z niepotrzebnymi pytaniami ze strony siedzącego w salonie Stylesa. O ile cokolwiek było w stanie wyrwać go z pijackiego letargu.
Liam J :
Możesz być pewna, że wpadnę. Dobranoc :*
Harry siedział na kanapie z łokciami opartymi o kolana i głową schowaną w dłoniach. Darcy zdusiła kolejne ukłucie litości w sercu i położyła obok niego pościel. Styles powoli podniósł głowę, a wtedy zobaczyła… Zobaczyła, że jego oczy są lekko zaczerwienione. Boże, on najwyraźniej… Minęły dopiero dwa tygodnie… Widziała, jak skutecznie dusi w sobie wszystkie uczucia, kiedyś to wszystko musiało pęknąć.
- Żałuję, że nie jesteś tak pijana, jak ja. Że będziesz to wszystko pamiętać – wymamrotał, kładąc się na poduszce i ukrywając w niej częściowo twarz.
- To nieważne – stwierdziła cicho Darcy, przestępując z nogi na nogę. Sama nie wiedziała, dlaczego właściwie wypowiedziała słowa, które przyszły później. Może spowodowało to współczucie, a może fakt, że Harry leżący teraz na kanapie w ogóle nie przypominał tego zimnego drania z domu Malika. Jutro najprawdopodobniej wszystko wróci do normy, ale teraz… jest teraz, prawda? -  Chcesz… Chcesz, żebym przez chwilę z tobą posiedziała?
Ciało Harry’ego przez chwilę wyraźnie się spięło, ale potem powoli pokiwał głową, jakby intensywnie ze sobą walczył. Mayer wobec tego niepewnie przysiadła na skraju sofy. Styles zerknął na nią jednym okiem, jakby sprawdzał jej reakcję. Poczuła, jak odszukuje dłonią jej własne i niepewnie splata ich palce razem. Od tego dotyku przebiegł ją lekki dreszcz, ale w odpowiedzi wyciągnęła wolną rękę i wplotła ją we włosy chłopaka, masując lekko skórę. Pod tym dotykiem powieki Harry’ego zaczęły opadać, a twarz nabrała łagodnego, zrelaksowanego wyrazu. Darcy, wiedziona dziwnym impulsem, wyplątała dłoń spomiędzy brązowych loczków i objęła nią policzek chłopaka. Wiedziała, że przynajmniej w niej ta noc zostawi jakiś ślad. W nim.. najprawdopodobniej nie, ale jakoś nie potrafiła się tym teraz przejmować.
- Darcy – wychrypiał nagle, nie otwierając nawet oczu – Dziękuję.
- Nie ma za co, naprawdę. Nie ma za co – powiedziała cicho, dziękując za fakt, że na nią nie patrzył.
Wolała zostawić łzę, która właśnie spłynęła po jej policzku, tylko dla siebie. Jutro wszystko wróci do normy.

Prawda?