piątek, 3 stycznia 2014

2.

Byłby szalenie zdziwiony, gdyby pod jego mieszkaniem nie czatowało z dwudziestu fotoreporterów, łudzących się naiwną nadzieją, że być może właśnie w tym momencie się pojawi. Cóż, dzisiaj nadszedł ich szczęśliwy dzień. Mogli do woli napstrykać zdjęć przygnębionego Harry’ego Stylesa, który zapomniał włożyć swoje ray-bany, a jego zaczerwienione oczy stały się przez to doskonale widoczne. Miał to gdzieś. Najpewniej jutro pojawi się na pierwszych stronach dosłownie wszystkich gazet codziennych i wydań specjalnych, a Modest! go za to udusi, ale co z tego? Kogo to w ogóle obchodziło?
Preston, tak jak obiecał, odstawił go tylko pod drzwi mieszkania, dopilnował, aż przekręci klucz w zamku i zniknie w swoim mieszkaniu. Harry nasłuchiwał, oparty ciężko o drewnianą płytę. Dopiero odgłos kroków na schodach przyniósł mu częściową ulgę. Bezwładnie i powoli osunął się po drzwiach, siadając na płytkach. Nie miał głowy nawet do tego, aby zdjąć płaszcz, cokolwiek. Po prostu siedział tam, nie licząc nawet czasu, z głową opartą na kolanach i dłońmi wsuniętymi we włosy. 
Nagle okazało się, że łzy tak do końca nie zniknęły. Wręcz przeciwnie. Gdy tylko znalazł się sam, w cichym, pustym i uporządkowanym mieszkaniu, popłynęły wielką falą, znacząc jego gładko ogolone policzki. Płakał z tęsknoty za matką, której już nigdy nie zobaczy. Która już nigdy nie przesunie szczupłymi palcami po jego lokach, mówiąc, ile dla niej znaczy. Płakał z powodu głębokiej miłości, której nie umiał i nie chciał już na nikogo więcej przelać. A która zalegała w jego duszy jak niepotrzebny nadbagaż. Płakał z powodu siostry, odtrącającej go bez powodu. 
Płakał także dlatego, że stary Harry Styles zniknął. Już nigdy nic nie będzie takie samo. 
A jednak gdzieś w głębi duszy czuł się jak małe dziecko, ośmioletni chłopczyk, potrzebujący zwyczajnego przytulenia. Wiedział, że jest kilka osób, do których mógł zadzwonić i poprosić o pocieszenie. Nie potrafił się jednak przemóc. 
Otarł wściekle łzy i podniósł się z podłogi. Krzyk, od dobrych kilku dni rodzący się w jego wnętrzu, teraz opuścił usta, roznosząc się echem po całym mieszkaniu. Niezależnie od siebie zadrżał, przerażony desperacją i bólem, jaka w nim pobrzmiewała. Nie miał już na to siły. Był zmęczony płaczem i uczuciem pustki. 
Zdjął płaszcz, nie kłopocząc się nawet odwieszeniem go do szafy. Po prostu opadł u jego stóp i pozostał na podłodze, kiedy chłopak kierował swoje kroki do salonu. Desperacja, która nim kierowała, kazała sprawdzić zawartość barku. Drżącymi dłońmi otworzył szklane drzwiczki i z westchnieniem ulgi skonstatował, że nie jest jeszcze pusty. Wręcz przeciwnie. Co prawda samotnie, ale jednak, stała tam niezupełnie opróżniona butelka wódki. Zacisnął palce na szkle, drugą dłonią pozbywając się zakrętki. Ona również z brzękiem wylądowała na podłodze, gdy upijał pierwszy, potężny łyk alkoholu. 
Podszedł do okna, przezornie zasłoniętego gęstą, koronkową firanką. Spojrzał w dół, uśmiechając się triumfalnie. Paparazzi kręcili się pod budynkiem, bezradnie zadzierając głowę w górę. Liczyli, że coś dostrzegą. Ich pieprzone niedoczekanie.
- Pierdolcie się wszyscy – mruknął zachrypniętym głosem Styles, pokazując im środkowy palec.
Tak naprawdę nie wiedział, co ze sobą zrobić. Włączanie muzyki było naprawdę nie na miejscu, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Alkohol w jego żyłach zaczynał już krążyć, dlatego zachichotał cicho ze swojej głębokiej moralności. Upił kolejny duży łyk, aby powstrzymać łzy, które pojawiły się zaraz po tym, jak przebrzmiał śmiech. Zakrztusił się lekko. Dłonią otarł alkohol, powoli ściekający mu po brodzie.
Wiedział, że się nie upije. Było tego stanowczo za mało. Potrzebował… odlotu. Odlotu z prawdziwego zdarzenia. Choćby na chwilę, nie dłużej. Ponownie, lekko się potykając, podążył do korytarza, gdzie porzucił swój płaszcz.
Niezgrabnie zaczął przeszukiwać kieszenie. W końcu, kiedy natrafił na zimny, podłużny przedmiot, krzyknął triumfalnie pod nosem. Palce odrobinę mu się plątały, kiedy przeszukiwał swoje kontakty. Potrzebował kogoś, kto nie będzie wypytwał o szczegóły i po prostu spełni jego prośbę. Żadnych wyjaśnień. 
Dlatego uśmiechnął się pod nosem, gdy wreszcie odnalazł tę osobę, którą chciał. Nick Grimshaw. 
Po kilku długich sygnałach usłyszał trzask odbieranego połączenia. Po chwili rozległ się głos przyjaciela:
- Harry? Jesteś już w Londynie?
- Tak, tak – odparł szybko, chcąc przejść do sedna sprawy, uniknąć niepotrzebnych tłumaczeń – Nie jestem teraz za bardzo w nastroju do rozmowy. Mam do ciebie sprawę.
- Wal – powiedział krótko mężczyzna. Harry słyszał w tle dudniącą muzykę. No tak, dziennikarz należał do ludzi, dla których impreza w biały dzień, w środku tygodnia nie była problemem.
- Potrzebuję… - przez chwilę zastanawiał się, jak ubrać w słowa swoją prośbę – Mógłbyś mi podesłać to… co ostatnio próbowaliście z Jamesem na ostatniej imprezie?
- Chodzi ci o… proszek? – uścislił przyciszonym tonem Nick. Najwyraźniej nie mógł za bardzo o tym rozmawiać, ale Harry’ego niewiele to w tym momencie obchodziło.
- Tak. – warknął, zaczynając się niecierpliwić. – Niedużo, tyle, żebym… mógł się wyluzować. I w miarę dyskretnie.
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza, przerywana jedynie odległymi szeptami. Najwyraźniej Nick próbował zrealizować jego żądanie. Zielonooki chłopak oparł się o ścianę, usiłując zneutralizować zniecierpliwienie rytmicznym postukiwaniem palcami o gładką powierzchnię. W końcu, po latach świetlnych oczekiwania, głos Grimshawa ponownie rozległ się w słuchawce.
- Dobra. Za jakieś… dziesięć minut będzie u ciebie mój znajomy. Tylko szybko, musi tu wrócić, dobra? 
- Jasne, stary – Harry’ego oblała nieopisana fala głupiej wdzięczności, której wcale nie powinien był czuć. 
Pociągając kolejne łyki alkoholu, siedział, oparty plecami o ścianę w korytarzu. Minuty wlekły się w nieskończoność, a on czuł coraz większą, nieopisaną wręcz frustrację. Po połowie czasu, która upłynęła od zakończenia rozmowy, wódka się skończyła, a on, w przypływie gniewu cisnął szklane naczynie na przeciwległą ścianę. Z dłońmi wplecionymi we włosy obserwował, jak rozpryskuje się dookoła. Pojedyncze drobne odłamki wbiły się w jego skórę, ale nie czuł bólu. 
Powoli przestawał czuć cokolwiek.
Niemalże wyrwał drzwi z zawiasów, kiedy usłyszał dzwonek. Zastanawiał się, jak kumplowi Nicka udało się tutaj dostać bez interwencji ochrony. Najwyraźniej wykorzystał otwierającą się bramę, innych lokatorów wchodzących do wnętrza budynku, albo cokolwiek w tym stylu. Ich rozmowa ograniczyła się do krótkiego, oschłego powitania, przekazania małej paczuszki i prośby tamtego o wypuszczenie z budynku. Harry wyszedł z nim na półpiętro, trzymając między palcami pilot do bramy. Nacisnął guzik, uruchamiając mechanizm otwierający i po prostu wrócił do swojego mieszkania, tym razem zamykając drzwi na klucz.
Przez chwilę obracał pakunek w palcach, przygryzając dolną wargę. Biały proszek był bardzo niedobrym wyjściem. Bardzo upragnionym wyjściem, z którego musiał skorzystać. Nigdy tego nie robił. Ale teraz… teraz było inaczej.
Na szklanym stoliczku w salonie wysypał białą substancję i kartą kredytową uformował ją w cienką kreskę. Najwyraźniej Nick dał mu tyle, ile potrzebował. Pochylił się delikatnie, dociskając mocniej jedno skrzydełko nosa i zaciągając się mocno. Biały proszek dostał się do dróg oddechowych, drażniąc błonę śluzową i wywołując przyjemne uczucie orzeźwienia przemieszane z pieczeniem. Harry zdążył jeszcze usiąść na kanapie i oprzeć głowę o oparcie, oddychając głęboko.
A potem… Potem wszystko zniknęło. Pozostała jedynie dziwna, bliżej nieokreślena energia i poczucie cholernej lekkości. 
Przynajmniej ten jeden, jedyny raz, prawda?
***
- Mówię wam, że on zrobi coś głupiego.
Louis dosłownie nie mógł usiedzieć na miejscu. Całą szóstką jechali swoim zespołowym busem, niewiele rozmawiając. Głównie każdy z nich martwił się o Harry’ego. Ale Tomlinson… to on nie mógł powstrzymać emocji. Co chwilę zerkał na zegarek i pytał kierowcy, jak daleko jeszcze. Mimo, że doskonale wiedział. 
Zayn przeciągnął śniadymi palcami po policzku Perrie, drugą dłonią przecierając oczy. Wszyscy byli zmęczeni. I przygnębieni. Mieli z Anne doskonałą więź, każdy w zespole czuł się tak, jakb posiadał pięć matek. Mama Harry’ego zawsze była obiektem ich cichych westchnień – śliczna i tryskająca energią. Zastanawiali się, jak będą wyglądały kolejne święta bez niej. I nie potrafili sobie tego wyobrazić. 
- Ale co? – zapytał zmęczonym głosem Malik – Co najwyżej upije się tą resztką wódki, która mu została i na tym się skończy. 
Louis miał jednak bardzo złe przeczucia. Widział zachowanie Harry’ego w ostatnich dniach. Pierwszy raz widział swojego przyjaciela w takim stanie. On… on praktycznie się nie odzywał. Po prostu siedział sam, na werandzie, nie zwracając uwagi na zimno, przenikające aż do kości. I patrzył przed siebie, reagując jak dzikie zwierzę na każde dotknięcie. A wczoraj… cały dzień spędził w zakładzie pogrzebowym, żegnając matkę. 
Widział jego spojrzenie również dzisiaj. Wyglądał, jakby chciał zabić wszystkich wokół i bezradnie się rozpłakać jednocześnie. Dlatego… dlatego Lou miał tak tragicznie złe przeczucia. I nie pomagała mu nawet drobna dłoń Eleanor, zaciśnięta uspokajająco na jego własnej. 
- Wątpię, Zayn. – wymamrotał, burząc włosy w desperacji – To jest nasz Harry, rozumiesz? Wiesz, jaki potrafi być impulsywny.
Tym razem odezwał się Liam, do tej pory milczący i obracający w palcach telefon komórkowy. Patrzył przez okno roztargnionym wzrokiem. Nie golił się już od trzech dni i teraz ciemny zarost podkreślał wyraźnie linię jego szczęki. 
- Nic nie możesz na razie zrobić, Tommo – stwierdził rozsądnie, jak zawsze w swoim stylu – Po prostu uspokój się i poczekaj, została niecała godzina drogi. Tak podenerwowany nic nie wskórasz. 
Nagle telefon w jego dłoniach lekko zawibrował. Gwałtownym ruchem odblokował ekran, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu, który właśnie wkradł się na usta. 
„Już w Londynie! Wpadniesz do mnie jutro? Trochę ciężkie te meble xx – Darcy”
Bez zastanowienia wystukał odpowiedź, ignorując wysoko uniesione brwi spoglądającego na niego Zayna.
„Pewnie, będę jakoś po południu. Już nie mogę się doczekać! – Liam xxx”
Był szczery. Naprawdę mocno się za nią stęsknił.
***
Louis gwałtownie uderzał pięścią w drzwi mieszkania swojego przyjaciela, czując narastający niepokój. Pół godziny temu z trudem uprosił resztę, aby wróciła do siebie. W końcu, z wielkim trudem, przystali na jego propozycję, dochodząc do wniosku, że nie powinni zalewać pograżonego w żałobie chłopaka takim tłumem.
Teraz jednak kompletnie nie wiedział co robić. Zza drzwi dobiegała przytłumiona muzyka, ale nikt nie otwierał. Normalnie Styles na pewno by usłyszał. Teraz albo nie chciał mu otworzyć, albo… nie mógł tego zrobić.
Pieprzyć to.
Louis oddalił się o kilka kroków i gwałtownie uderzył barkiem w drzwi, wzbudzając głuchy łoskot na klatce. Nikt jednak nie wyściubił nosa z mieszkania. Przynajmniej tyle, zaleta pilnie strzeżonych osiedli. Drzwi zatrzęsły się w zawiasach, ale nie ustąpiły. Nie poddawał się jednak, a desperacja dodawała mu sił. 
Dopiero po dobrych piętnastu minutach zamek odskoczył, a drewniana płyta z hukiem uderzyła o ścianę wewnątrz mieszkania. Louis stał przez chwilę, oddychając ciężko, z dłońmi opartymi na kolanach. Muzyka się nasiliła, zauważył także potłuczoną butelkę po wódce, walającą się w korytarzu. 
Wiedział, gdzie iść. Ale obawiał się tego, co może zastać. Mimo wszystko jednak nie potrafił zwolnić, niemalże biegiem pokonał korytarz i wpadł do salonu. To, co zobaczył, potwierdziło jego najgorsze przypuszczenia. Harry leżał rozwalony na kanapie, z szeroko otwartymi oczami, wpatrzonymi w przestrzeń. Chichotał i mamrotał coś pod nosem, bawiąc się telefonem. Obok na stoliczku widniały resztki białego proszku. 
- Kurwa, Harry, coś ty narobił… - mruknął, co spotkało się z głośniejszym śmiechem przyjaciela. 
Śmiechem zaćpanego człowieka.
Niewiel myśląc, założył sobie jego ramię na swoje barki i podźwignął z kanapy, niemalże ciągnąć do sypialni. Harry znowu zachichotał i dotknął chłodnym nosem jego szyi, przez co po ciele Tomlinsona przebiegł zimny dreszcz.
- Loueh… Mój kochany Loueh – wybełkotał, powłócząc nogami – Larry Stylinson zawsze razem, prawda?
Lou tylko potrząsnął głową, niemalże rzucając przyjaciela na łóżko. Harry zwinął się w kłębek, kiwając lekko na boki i mamrocząc coś do siebie. A jego przyjaciel nie miał dosłownie pojęcia, co zrobić. Usiadł na skraju łóżka, obserwując Stylesa i modląc się o pomysł. Nie zamierzał dzwonić do reszty, zamartwiliby się na śmierć. Porozmawia z Harrym, kiedy tylko… wytrzeźwieje?
Póki co, musiał zamówić porządnego, dyskretnego ślusarza. Po jego interwencji zamek raczej do niczego się nie nadawał. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz