MUZYKA (klubowo, bo własnie w takich klimatach jest ta część)
Wielkimi krokami dochodziła dwudziesta trzydzieści. Harry stał przed lustrem, krytycznym okiem oceniając efekt końcowy. Tak naprawdę średnio obchodziło go jak wygląda, nie za wiele się przyłożył. Musiał jednak skupić na czymś oszalałe myśli. Zrobił to, co zawsze – strzepnął włosy do przodu i odrzucił je na bok, przez co wyglądał tak, jakby dopiero wstał z łóżka. Jakimś cudem przyciągało to kobiety. Jego oczy błyszczały, rozświetlone buzującą we krwi niewielką ilością alkoholu. Która mimo wszystko wystarczyła, aby przestało tak kurewsko boleć. Po powrocie z pracy przebrał się w ciemne, obcisłe dżinsy, swoje ulubione, brązowe botki i czarną koszulę. Nie potrzebował niczego więcej.
Nie potrafił normalnie funkcjonować. Siedząc w studio, z trudem mógł wytrzymać obecność tych wszystkich ludzi, tak strasznie się o niego zamartwiających. Nie potrzebował tego, chciał po prostu być sam. Jakąś częścią umysłu zdawał sobie sprawę, że wybrał idiotyczny sposób na zapełnianie pustki i uśmierzanie bólu, ale nie potrafił przestać. Godziny spędzone w klubie, wypijanie kolejnych kieliszków wódki pozwalało mu uzyskać upragniony stan nieważkości. Nie zalał się jeszcze w trupa, przynajmniej nie w tygodniu, kiedy miał świadomość, że następnego dnia musi pojawić się u Paula w dobrym stanie. Gdyby cokolwiek zauważył… zapewne groźby Louisa o przeprowadzce w bardzo szybkim czasie by się spełniły. A tego chyba nie mógłby znieść. Tomlinson nadal był jego przyjacielem, ale kurwa, jedyne czego potrzebował, to święty spokój. Poradzi sobie z tym. Sam.
Przynajmniej taką miał nadzieję.
Dzisiejszy dzień był cudownym piątkiem, kiedy nie musiał się martwić, jak jutro zwlecze się z łóżka. Miał zamiar spić się w trupa, aż w końcu któryś z ochroniarzy klubu Gentle Red wsadzi go do taksówki i wyśle do jakiegoś hotelu. Na Nicka, z którym się dzisiaj umówił, nie miał co liczyć. Przychodzili razem, ale ten drugi jakąś godzinę później znikał nie wiadomo, gdzie. Z kobietą lub mężczyzną, obojętne.
Zazwyczaj wybierał dyskretne miejsca, skrupulatnie chronione przed najazdem wścibskich fotoreporterów. Za każdym razem czuł się tak, jakby jechał na podwyższonym poziomie adrenaliny. Czy jego zdjęcia wyciekną do prasy następnego dnia czy nie? Jak dotąd mu się udawało. Tylko jak dotąd.
Komórka leżąca na brzegu umywalki zabrzęczała natrętnie. Harry szybkim ruchem odblokował ekran i przytknął telefon do ucha, mrugając ironicznie do swojego odbicia w lustrze.
- Jesteś już? – zapytał po prostu, doskonale wiedząc, kto dzwoni.
- Czekam pod wejściem, twój uroczy ochroniarz mnie wpuścił – w głosie Grimshawa dało się wyczuć fascynację. Ten człowiek był radarem atrakcyjnych ludzi obu płci. – Więc rusz swój szalenie apetyczny tyłeczek na dół, bo nie zamierzam stać tutaj w nieskończoność.
- Jesteś obrzydliwy – splunął Harry, a jego kąciki ust uniosły się delikatnie ku górze. Może z perspektywy osób trzecich Nick wcale mu nie pomagał, wręcz przeciwnie, ale… On po prostu o nic nie pytał i to było najważniejsze – Zaraz będę, daj mi dwie minuty.
- Za trzy będę miał już jego numer – rzucił Nick do słuchawki, chichocząc cicho, po czym się rozłączył.
Harry pokręcił głową, wsuwając telefon do tylnej kieszeni spodni. Przeszedł szybko przez korytarz, kopiąc po drodze poniewierającą się pustą butelkę po piwie. Fakt, ostatnio porządek w jego mieszkaniu pozostawiał wiele do życzenia, ale… serio, kogo to tak naprawdę obchodziło?
Chwycił płaszcz i otworzył drzwi, walcząc z wyrzutami sumienia. Nie powinien ich mieć. Nie powinien był w ogóle spotkać Darcy wtedy, pod jej uczelnią. A potem przysłuchiwać się rozmowie Liama i Zayna. Nie powinien był później patrzeć na przyjaciela w taki sposób. Sam nie wiedział, skąd się to wszystko bierze. Powoli wariował i cholera, nic nie potrafił na to poradzić.
Wnętrze samochodu jak zwykle przesycone było zapachem skóry, korzennych perfum i nikłą wonią przypadkowego seksu. Jego właściciel uśmiechał się szeroko, kiedy Harry mościł się w fotelu obok, zapinając pasy. Odruchowo zerknął na budkę strażniczą i zmarszczył brwi.
- Serio, stary? Mięśniak?
- Nawet nie wiesz, ile niektórzy potrafią – westchnął Grimshaw, odpalając auto.
- I chyba nie chcę wiedzieć – stwierdził Styles, nie mając ochoty rozmawiać o seksualnych podbojach swojego kumpla.
- A żałuj – podsumował Nick z zawadiackim uśmiechem, który poszerzył się, gdy podjeżdżali do bramy – Mógłbyś się ode mnie wiele nauczyć, kochanie.
- Wolę własną szkołę – odburknął Styles, bawiąc się swoim telefon – Nie mów do mnie kochanie. I błagam, jedźmy już.
- Spokojnie – wycofał się Grimshaw, wyjeżdżając na oświetloną ulicę – Bo ci się jeszcze zmarszczki zrobią, a tego byś nie chciał.
Piętnaście minut później zaparkowali na podjeździe przed klubem Gentle Red. Przed wjazdem zostali dokładnie sprawdzeni. Ochroniarz, widząc, kto przyjechał, spuścił z tonu i kulturalnie wpuścił ich na teren należący do klubu. Teraz Styles czekał, aż jego przyjaciel wygrzebie się z samochodu. Nawet z tej odległości czuł, jak basy docierają mocno w głąb jego klatki piersiowej. Widział przed sobą kolejkę imprezowiczów. Odetchnął głębiej, czując jak wielki ciężar przygniatający jego serce odrobinę ustępuje.
Nick poklepał go po plecach, gdy zablokował samochód. Harry bez słowa ruszył przed siebie. Obydwaj wiedzieli, że w takich miejscach kolejka ich nie obowiązuje. Dlatego, ignorując gniewne protesty pozostałych, przeszli na sam przód, stając przed groźnie wyglądającymi ochroniarzami. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby odsunęli się, robiąc im przejście. Styles w ostatniej chwili zerknął za siebie i natychmiast tego pożałował.
W tłumie zauważył bardzo znajomą twarz. Niebieskie oczy, śliczny uśmiech i porcelanowa cera, otoczona karmelowymi włosami. Nie widziała go, rozmawiając z jakąś wygadaną czarnulką, umalowaną dość krzykliwie, ale ładnie. Ona również wyglądała jakoś inaczej… W momencie, gdy odchyliła głowę do tyłu, śmiejąc się perliście, zaklął pod nosem i przepchnął się gwałtownie między ochroniarzami.
Chciał wtopić się w dudniącą muzykę i kolejne kieliszki alkoholu.
***
Darcy po raz kolejny dziękowała losowi za to, że poznała akurat Leigh. Dziewczyna bardzo szybko zapoznała ją z resztą początkujących studentów i do tego zrobiła to tak zgrabnie, że nie czuło się ani przez moment atmosfery niezręczności. Jedną twarz bardzo dobrze nawet kojarzyła – wysokiego blondyna, który otworzył pomógł jej z drzwiami prowadzącymi do wnętrza uczelni. Miał na imię George i robił jeszcze lepsze drugie wrażenie. On i jego kumpel natychmiast podążyli do baru, zamówić dla całej grupy alkohol.
Długo zastanawiała się nad wyborem stroju. W końcu zdecydowała się na czarną sukienkę przed kolano, bez ramiączek i z rozkloszowaną spódnicą. Sądząc po aprobacie widocznej na twarzach zebranych, był to bardzo właściwy strój.
Z każdą minutą czuła coraz większe podekscytowanie. Faktycznie, Gentle Red było klubem dla V.I.P – ów w pełnym tego słowa znaczeniu – ochroniarze przy bramie, ochroniarze przed wejściem i kilka bardzo znanych osób w stanie upojenia alkoholowego. Ona i grupa, z którą przyszła zajęli skórzane kapany niedaleko parkietu. Na początku wprowadzali się w dobry humor kilkoma kolejkami. Darcy skorzystała z proponowanego alkoholu i zupełnie nie żałowała – wpadła w ten charakterystyczny stan idealnej lekkości.
Rozmawiając z Leigh, na chwilę podniosła wzrok. Kilka sekund wystarczało, aby zorientowała się, czyją postać widzi zaledwie parę metrów dalej. Zbyt wiele, stanowczo zbyt wiele zbiegów okoliczności jak na jeden dzień.
Harry Styles stał oparty łokciami o kontuar baru, ubrany w ciemne spodnie i czarną koszulę. Leniwie postukiwał palcami o lśniącą powierzchnię. Niczym w zwolnionym tempie obserwowała, jak wzrok chłopaka powoli przesuwa się po zebranych, zupełnie pusty i obojętny. Nie potrafiła odwrócić oczu i udać, że niczego nie zauważyła – zielone tęczówki wkrótce zetknęły się z jej niebieskimi. Kącik ust Harry’ego uniósł się lekko, gdy nadal obserwował Darcy w bardzo krępujący sposób. Kieliszek wódki powoli powędrował do warg chłopaka, wkrótce zalewając ścianki jego gardła przyjemnie piekącą zawartością.
Darcy poczuła na odkrytym ramieniu delikatny dotyk i dokładnie w tym momencie twarz Harry’ego stężała, gdy patrzył w punkt znajdujący się gdzieś ponad nią. Obróciła się i ujrzała uśmiechniętego George’a, który najwyraźniej coś mówił. Wykrzywiła usta w podobnym grymasie i pochyliła się lekko w jego stronę.
- Nie słyszę cię! – potrząsnęła głową, próbując przekrzyczeć hałas.
George wobec tego zmniejszył dystans, mówiąc wprost do jej ucha:
- Pytałem, czy chciałabyś zatańczyć!
Bez słowa skinęła głową, przyjmując jego wyciągniętą dłoń i podnosząc się ze skórzanej kanapy. Wiedziała, że Styles odprowadza ją wzrokiem. Skóra na plecach niemalże ją piekła, gdy odchodziła z nowo poznanym chłopakiem na parkiet.
George był bardzo sympatycznym chłopakiem. Nie narzucał się, nie próbował jej obmacywać. Położył dłonie na talii Darcy, ale zachował odpowiednią odległość, co od razu spodobało się dziewczynie. Skupiła się na muzyce, oddając swoje ciało w jej władanie, nie chcąc myśleć o co najmniej dziwnym zachowaniu Harry’ego. Wbrew sobie zastanawiała się jednak, co tutaj robi. Sam. Bez swoich przyjaciół, do tego pijąc. Zaczynała rozumieć, dlaczego Louis tak bardzo martwił się o młodszego chłopaka. Potrząsnęła głową, zarzucając ramiona na szyję Georga i lekko zmniejszając dystans, co zdecydowanie mu się podobało. Nie będzie o tym myśleć, na pewno nie teraz.
Okazało się to jednak znacznie trudniejsze, niż mogło się wydawać.
Najpierw dłonie George’a odrobinę rozluźniły uścisk na talii Darcy. Gdy podniosła głowę, zauważyła, że chłopak patrzy w punkt dziesięć centymetrów ponad jej głową. A potem… potem dopiero go poczuła. Ciepły, przyspieszony oddech na karku i zapach, przyjemny, korzenny. Chwilę później męski tors delikatnie otarł się o jej odkryte plecy, wywołując dreszcz, biegnący wzdłuż kręgosłupa.
- Odbijany – znała ten głos, doskonale znała. Tylko jedna osoba mówiła w taki sposób.
George spojrzał na Darcy, wyraźnie zmieszany. Widząc jednak, jak duże dłonie znanego chłopaka we władczy sposób zaciskając się na biodrach dziewczyny, skapitulował. Uśmiechnął się niemrawo do szatynki, wymamrotał, że będzie z resztą i odszedł, lekko przygarbiony. Darcy próbowała odwrócić się i zdrowo opieprzyć zielonookiego, ale nie pozwolił jej na to. Mocniej zacisnął palce na talii dziewczyny, przysuwając się jeszcze bliżej. Plecami oparła się o szeroki tors Harry’ego, usiłując zignorować dziwne dreszcze, leniwie przebiegające po całym ciele.
Styles pochylił się lekko, wargami muskając małżowinę uszną Darcy. Zauważył, że się wzdryga, ale w żaden sposób mu to nie przeszkadzało.
- Ciekaw jestem – zaczął głębokim, bardzo zachrypniętym głosem, który zdecydowanie nie powinien był pobudzać Mayer. A jednak działo się inaczej – co by powiedział na to Liam.
Potrząsnęła głową, podświadomie dostosowując się do ruchów bioder chłopaka. Kiedy nadarzała się okazja do tańczenia, nie potrafiła się temu oprzeć, nawet… z kimś takim, jak on.
- On wie, że tutaj jestem – po tych słowach miała ochotę wymierzyć samej sobie policzek za to, że w ogóle mu się tłumaczy.
- Wie, że tańczysz z jakimiś fagasami? – prychnął Styles, łaskocząc jej policzek swoimi loczkami, gdy umieścił swoją brodę w zagłębieniu szyi dziewczyny. Równocześnie z tym oplótł jej talię ramionami, zmniejszając przez to dystans, który jeszcze pozostał do absolutnego zera. Mogła poczuć wszystko. Nawet więcej, niż by chciała.
- To nie jest żaden fagas – Darcy zaczerwieniła się ze złości, ku zaskoczeniu Harry’ego gwałtownie odwracając się przodem. Nie wiedziała, czy to do końca dobry pomysł, bo teraz ich twarze były stanowczo zbyt blisko. Wyczuwała mocny zapach alkoholu z ust chłopaka, a jego błyszczące, zielone oczy błądziły po jej twarzy. Zauważyła, że ma lekko rozszerzone źrenice. Wolała nawet nie domyślać się, dlaczego – tylko kolega z roku. I nie muszę ci się z niczego tłumaczyć.
- Masz rację – pokiwał głową, uśmiechając się głupio. Dopiero teraz zauważyła, że temu grymasowi towarzyszyło pojawienie się dołeczków w obu policzkach, przez co wyglądał jak mały chłopczyk – Więc dlaczego to robisz?
- A dlaczego ty coś przyćpałeś? – odgryzła się Darcy, kierowana gniewem.
Uśmiech Harry’ego zbladł natychmiastowo, a oczy stały się zimne jak lód. W jednej chwili puścił Darcy i odsunął się o krok.
- Myślę, że lepiej będzie, jeśli oboje wrócimy do swoich znajomych – warknął, zaciskając opuszczone wzdłuż boków dłonie w pięści.
- Zdecydowanie. – odparła buntowniczo Darcy, odwracając się na pięcie i odchodząc.
Próbowała dobrze się bawić, ale od momentu spotkania na parkiecie targały nią dziwne wyrzuty sumienia. Powinna była zadzwonić do Liama i powiedzieć mu, w jakim stanie znajduje się jego przyjaciel. Tymczasem po prostu olała sprawę, zostawiając go samego na parkiecie. Leigh nie zadawała żadnych pytań po jej powrocie do stolika, co znaczyło, że George nikomu nie wspomniał o incydencie. Posłała mu wdzięczny uśmiech, ciesząc się, gdy go odwzajemnił. Całą swoją energię włożyła w skupienie się na rozmowach z pozostałymi i tryskanie dobrym humorem, który tak naprawdę w znacznej części się ulotnił. Kilka razy kątem oka zauważyła Stylesa. Coraz bardziej chwiejnym krokiem podchodził do baru, ale ani przez moment nie zwrócił na nią uwagi. Nie należało się dziwić, żył w swoim własnym świecie.
Około pierwszej Darcy poczuła, jak jej powieki się kleją. Większość czasu spędziła na parkiecie, z Georgem lub jego kolegą. Alkohol także dawał o sobie znać – głowa powoli zaczynała jej ciążyć. Pożegnała się więc ze wszystkimi i wstała od stolika, obiecując przy okazji, że na pewno to powtórzą. Po tym wieczorze nie obawiała się już pierwszego tygodnia w szkole, wręcz przeciwnie. Naprawdę polubiła tę grupę, chyba z wzajemnością.
Przystanęła na skraju chodnika, czekając, aż przyjedzie zamówiona przez nią kilka minut wcześniej taksówka. Mmo płaszcza, trzęsła się lekko od chłodu panującego o tej porze. Objęła się ramionami, usiłując wygenerować trochę ciepła, ale z marnym skutkiem. Znudzona czekaniem – w piątki na ulicach Londynu bardzo ciężko było dojechać gdzieś bez opóźnienia, nawet o pierwszej w nocy – zaczęła rozglądać się po otoczeniu. Wokół klubu panowało pustki, nawet ochroniarze gdzieś znikli, zapewne w ciepłym wnętrzu.
Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że nie jest tutaj sama.
Jej serce zamarło, gdy zobaczyła ciemną postać, siedzącą na ziemi i opierającą się plecami o ścianę. Z bezwładnej dłoni zwisał żarzący się jeszcze niedopałek papierosa, a głowa odchylona była w tył, przez co kaptur znacznie się z niej zsunął. Twarz chłopaka przez to stała się doskonale widoczna. Na tyle, aby bicie serca Darcy wróciło ze zdwojoną siłą.
Wiedziona instynktem, podeszła bliżej. Wiedząc, że prawdopodobnie niedługo bardzo tego pożałuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz