sobota, 19 lipca 2014

19.


Eleanor faktycznie dotrzymała słowa. Dokładnie dziesięć minut później stała przed drzwiami mieszkania Darcy. Wystarczyło jej jedno przenikliwe spojrzenie na twarz dziewczyny, aby wiedzieć, że sytuacja jest naprawdę dużo trudniejsza, niż myślała. Bez słowa weszła do środka, wciskając w ręce Mayer butelkę czystej wódki.
- Pomyślałam, że wino to stanowczo za mało – mruknęła, odwieszając płaszcz i przechodząc swobodnie do salonu – Weź szklanki i jakiś sok, okej?
Darcy tylko wymruczała coś w odpowiedzi, posłusznie podążając do kuchni. Właśnie tego teraz potrzebowała. Kogoś, kto zwolni ją z obowiązku myślenia i podejmowania decyzji, kierując wszystkim, nawet w tak błahych sprawach. Wiedziała, że Eleanor jest do tego najbardziej odpowiednia. Pozornie delikatna, potrafiła pokazać pazurki i ujawnić swój zmysł opiekuńczy i nie tylko zresztą. Czasami po prostu opieprzała ludzi po całości, podsuwając argumenty nie do pobicia, obnażając ich zupełną głupotę.
Poza tym Darcy była niemal stuprocentowo pewna, że akurat jej Louis się wygadał.
Eleanor bez zbędnych ceregieli nalała pokaźną porcję wódki do obu przyniesionych szklanek, będąc zdecydowanie bardziej oszczędną przy dodawaniu soku. Mayer obserwowała to wszystko szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, ale dłoń Calder stanowczo popchnęła naczynie w jej kierunku.
- Do dna, kochana – mruknęła, unosząc swoją szklankę do ust i patrząc na Mayer wyczekująco.
- Czekaj… Naprawdę mam to wszystko wypić za jednym razem? – w oczach dziewczyny pojawiło się przerażenie, które pogłębiło się tylko, gdy Eleanor wzruszyła ramionami.
- Co za problem? Robiłam to już nie raz. Poza tym… uwierz, że naprawdę tego potrzebujesz. Od samego patrzenia na ciebie człowiek robi się nerwowy. Także – wysunęła lekko szklankę w jej kierunku – na zdrowie i do dna.
Darcy zacisnęła powieki i przytknęła naczynie do ust, przełykając potężne łyki alkoholu zmieszanego z sokiem pomarańczowym. Eleanor oczywiście skończyła pierwsza, krzywiąc się nieznacznie. Chwilę później Mayer dołączyła do niej, odstawiając szklankę z hukiem. Głośno wciągając powietrze, otarła usta wierzchem dłoni.
- Chryste, chcesz mnie zabić? – sapnęła, chwytając karton soku jak ostatnią deskę ratunku. Nie zaprzątała sobie głowy niczym, po prostu zaczęła pić bezpośrednio z opakowania, ignorując lekki uśmieszek Calder.
- Nie – powiedziała beztrosko – po prostu rozluźnić. A teraz pozwól, że zapytam – chodzi o Harry’ego czy Liama?
Mimo swoich przypuszczeń, Darcy i tak była zniesmaczona niedyskrecją Louisa. Czując, jak zaczyna jej szumieć w głowie, a alkohol wartko płynie z krwią, powodując radosne uczucie lekkości. Zachichotała niekontrolowanie i potrząsnęła głową.
- Serio? Louis kompletnie niczego nie potrafi przed tobą ukryć? Czy może po prostu jest takim plotkarzem?
- To drugie zdecydowanie nie – odparła Eleanor stanowczo, zabierając się za nalewanie drugiej kolejki – Może i robi z siebie wariata przez większość czasu, ale potrafi się zachować w poważnych sytuacjach. Zwłaszcza, że Harry jest jego najlepszym kumplem i zrobiłby dla niego wszystko. Po prostu… umiem zauważyć, kiedy coś go gryzie, a potem umiejętnie to wyciągnąć, uwierz mi.
- Wolę nie wiedzieć, jak – mruknęła Darcy, widząc znaczącą minę Calder – I odpowiadając na twoje pytanie – sama nie wiem, o którego bardziej, ale… - wyprostowała się nagle, celując w nią ostrzegawczo palcem – jeśli się komuś wygadasz, to zetrę cię z powierzchni ziemi, jasne?
- Bardzo się boję – zakpiła Els, wiążąc rozpuszczone włosy w niedbałego koka na czubku głowy – Ale jasne, nic nikomu nie powiem.
- Nawet Louisowi? – zapytała ostrożnie, bojąc się, że ten układ działa w dwie strony.
- Masz moje słowo – powiedziała brunetka poważnie – Potrafię dobrze ukrywać swoje myśli, nie musisz się martwić. A teraz mów, co się dzieje.
- Sama nie wiem, od czego zacząć – Darcy westchnęła, czując, jak nieprzyjemny ciężar znowu przygniata jej pierś. Wobec tego upiła kolejny łyk alkoholu, chcąc chociaż przez chwilę poczuć się lepiej. Od dłuższego czasu coś nie pozwalało jej głębiej odetchnąć i zastanawiała się, kto był poważniejszą przyczyną tego stanu.
- Może od Liama – zaproponowała Eleanor – Mam wrażenie, że to jest trochę mniej skomplikowane…
- Sama nie wiem, El, czy cokolwiek w moim życiu można nazwać teraz prostym – stwierdziła Mayer, nerwowo bawiąc się swoimi palcami – Po prostu… nie wiem, jakim cudem do tej pory nie zauważyłam, że Liam oczekuje ode mnie czegoś więcej, niż przyjaźni.
- Serio tego nie widziałaś? –ton przyjaciółki był sceptyczny – Bo… wybacz, ale to się rzucało w oczy jakoś na kilometr.
- Boże – jęknęła Darcy, chowając twarz w dłoniach – uwierz mi, że on zawsze taki był, odkąd się poznaliśmy, poza tym… umawiał się z innymi dziewczynami, dopiero niedawno zaczął być… no wiesz… taki.
- Jaki? – głos Eleanor złagodniał i jakimś cudem znalazła się obok Darcy, oplatając ją delikatnie ramieniem.
- Gdyby mógł… wyrzuciłby z mojego życia wszystkich chłopaków, pozostawiając tylko siebie – głos Mayer zaczął niekontrolowanie drżeć, a uścisk brunetki nieznacznie się zacieśnił, przesyłając tak potrzebną otuchę. – A ja… nie jestem w stanie tego zrobić, bo…
- Bo jest Harry, tak? – podpowiedziała jej Eleanor, na co ciało Darcy od razu się spięło, jakby przepłynął przez nie prąd. Tak się czuła. Jak za każdym razem, kiedy ją dotknął. Kiedy ich spojrzenia chociażby się spotkały, na krótką chwilę – Spokojnie, Darcy. Uwierz, że wszystko rozumiem.
- To nie tak… - Mayer pochyliła głowę, czując, jak łzy płyną po jej policzkach. Nie umiała się powstrzymać, nie potrafiła dłużej tłumić emocji, które rozrywały ją od środka – Sama nie wiem, jak właściwie można nazwać to pojebane coś między nami. On… zrozumiesz, jeśli powiem, że nie umiem przy nim swobodnie oddychać? A kiedy go nie ma… jest chyba jeszcze gorzej.
- Zakochałaś się? – łagodny szept Calder nieco ją otrzeźwił.
- Boże, nie! – zaprzeczyła chyba nieco zbyt gwałtownie – On jest najmniej odpowiednią osobą do tego, wiesz?
- On nie jest zły – zaprzeczyła Eleanor, przesuwając palcami po włosach młodszej przyjaciółki – Tylko bardzo, bardzo pogubiony. W ciągu miesiąca stracił chyba wszystko, co miał najważniejszego. Popełnia błędy, ale… ciągnie go do ciebie, bo podświadomie szuka stabilnego punktu, chociaż zarzeka się, że tego nie chce.
- Wiem – odparła Darcy, przewracając  oczami – Louis mówił to samo, że być może jestem jedyną osobą, która może mu pomóc, że tak bardzo mnie potrzebuje… A ja nie wiem, nie mam pojęcia, co zrobić.
- Jakkolwiek banalnie to zabrzmi – zaczęła Eleanor spokojnie, ważąc każde słowo. A Darcy tylko utwierdziła się w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję, dzwoniąc akurat do niej – nie możesz być wiecznie niezdecydowana. Ostatecznie kogoś zranisz, mniej lub bardziej, ale nie możesz tkwić w takiej sytuacji, jak obecnie. Musisz… po prostu przyznaj przed sobą, na kim ci bardziej zależy. Nie jak na przyjacielu. Jak na osobie, bez której nie potrafisz normalnie funkcjonować, bo o to w tym chodzi… I wiesz co? – zapytała po długiej przerwie, przerywanej jedynie cichym szlochem Darcy.
- Tak?
- Mogę się założyć, że ty i Harry… To nie jest tak, że tylko on cię potrzebuje. Patrzę na ciebie, słucham, jak o nim mówisz i.. czuję, że to jednak działa w dwie strony, Darcy.

Po raz pierwszy tak bardzo nienawidził swojego pustego mieszkania. Od dwóch godzin obijał się po nim niczym zranione zwierzę, starając się stłumić ochotę rozniesienia go w drobny pył. Chociaż może to byłoby dobre rozwiązanie. Może pozwoliłoby mu tak po prostu przestać myśleć. Może przed jego oczami przestały przesuwać się chore scenariusze z Darcy i Liamem w roli głównej. Nie powinno go to w ogóle obchodzić. Nigdy nie chciał, aby Mayer stała się w jego życiu kimś znaczącym. Kimś, kto będzie sprawiał, że ciało chłopaka zapłonie nawet pod nieznacznym dotykiem, a samo spojrzenie, nawet przelotne, wzbudzi niepotrzebne pragnienia. Miał wrażenie, że bez jej obecności w tym miejscu nie ma czym oddychać. Tak, jakby wychodząc, zabrała potrzebny mu tlen, a odbierając telefon od Payne’a, tylko pogłębiła to wrażenie.
Nienawidził siebie. Nienawidził swojego najlepszego przyjaciela za to, że przerwał tamtą chwilę, gdy dopiero zaczynał zaspokajać swój głód, jak pieprzony narkoman. Nienawidził Darcy, za to, że to od niej był aż tak uzależniony.
Sam nie wiedział, kiedy to się stało. Nie miał pojęcia. Może wtedy, po imprezie w klubie, gdy obudził się w jej mieszkaniu. Albo na rocznicy Louisa i Eleanor, kiedy w końcu ją pocałował, wprowadzając przynajmniej część fantazji w świat realny. A może… może to się stało już na samym początku, gdy pojawiła się na balkonie, patrząc tak niepewnie swoimi niebieskimi oczami.
A może każda cholerna rzecz była tego przyczyną.
Upił pokaźny łyk prosto z butelki z wódką, opierając się nieco bezładnie o ścianę w korytarzu. Przed sobą miał lustro i mógł zobaczyć, w jak fatalnym jest stanie. Jego włosy, zazwyczaj w nieładzie, teraz wyglądały strasznie, porozrzucane na wszystkie strony, jakby poraził je prąd. Na twarzy, lekko zaczerwienionej pod wpływem alkoholu, widać było wyraźne ślady zmęczenia. Nie przespał zbyt dobrze ostatniej nocy, kotłując się w pustym łóżku i mamrocząc do siebie z wściekłością. Zrobiła to, co zwykle, po prostu uciekła, zostawiając go z własną złością i frustracją, którą jak zwykle musiał wyładować samodzielnie. Pod osłoną nocy, w głuchej ciszy, przerywanej jedynie jego ciężkim oddechem, gdy dochodził, myśląc o szaleństwie, jakie towarzyszyło każdemu ich dotknięciu.
- Nie jest z tobą dobrze, stary – wymamrotał, śmiejąc się chrapliwie – Jak zwykle urżnięty, wyglądasz fatalnie i… och, no tak. Straciłeś właściwie wszystko.
Z tej ponurej rozmowy z własnym odbiciem wyrwał go dzwonek do drzwi. Zatoczył się lekko, gdy odrywał plecy od ściany i chwiejnym krokiem podszedł do drewnianej płyty, szarpiąc za klamkę. Powitały go chłodne oczy, patrzące na niego spod gęstych, ciemnych brwi. Zaśmiał się po raz kolejny, opierając czoło na ręce ułożonej na framudze drzwi.
- Wpuścisz mnie czy będziemy tak stać? – zapytała wysoka blondynka w futrzanej kamizelce – Twój telefon był tak desperacki, że nie mam zamiaru tutaj sterczeć dłużej, niż to konieczne.
- Jasne – wybełkotał, odsuwając się lekko, aby wpuścić dziewczynę do środka i zamknąć szybko drzwi – Jak zwykle miła i delikatna, prawda, Cara?
- Nie mam czasu na pieprzenie bzdur – warknęła, rzucając kamizelkę niedbale na wieszak i grzebiąc w torebce – Dzwonisz tak rzadko, że doskonale wiem, o co ci chodzi, chociaż zakładam dwie opcje. Albo potrzebujesz dobrego seksu, albo… co kompletnie do ciebie niepodobne – dobrych używek.
- Zaskoczę cię – mruknął, niedbale odstawiając prawie pustą butelkę gdzieś na szafkę. Zimne oczy dziewczyny błysnęły w zaskoczeniu, gdy podszedł, oplatając jedną ręką jej talię, a palcami drugiej wyplątując z uścisku dziewczyny niewielką paczuszkę z białym proszkiem – Obu tych rzeczy. Ale zacznijmy od drugiej, okej?
Pocałował ją krótko i niestarannie, nie czując praktycznie nic. Faktycznie, spotykali się bardzo rzadko, kiedy jedno lub drugie miało dość swojego życia i płci przeciwnej. Co było plusem tej relacji? Brak pytań, brak tłumaczenia się, brak rozsądnych odpowiedzi. Po prostu ględzenie bzdur, kilka drinków i przyjemny, niezobowiązujący seks. Potem każde wracało do swojego życia. Tak będzie i tym razem.
Nie brał zbyt często, nie chciał zagłębiać się w to gówno. I tak czuł się jak ścierwo na samym dnie, nie potrzebował dodatkowych powodów. Po prostu cieszył się orzeźwiającym uczuciem, gdy biały proszek przebiegł gładko przez jego układ oddechowy, dając euforię i lekkość, której tak szukał. Potem… nie musiał pamiętać zbyt wiele, naprawdę nie. Tylko błyszczące oczy Cary z rozszerzonymi źrenicami, które szybko przeobraziły się w inne, znacznie łagodniejsze i mniej zimne.
Miał nadzieję, że to odejdzie szybko, ale tak się nie stało. W ciemnej, dusznej sypialni, pośród zaplątanych prześcieradeł, dotykał ciała Cary, wywołując jej jęki, ale to wszystko było zbyt surrealistyczne. Nie widział tej dziewczyny, nie naprawdę. Ciągle miał wrażenie, że sprawia przyjemność zupełnie innej osobie i właśnie te fantazje doprowadziły go na szczyt, gdy w końcu odchylił głowę, wydając z siebie zdławiony dźwięk. Wilgotne loki przyczepione do czoła, roziskrzone zielone oczy i ciało pokryte delikatną warstwą potu, mięśnie drżące spazmatycznie – żaden z tych objawów nie był zasługą pięknej modelki, leżącej tuż pod nim. Prawdziwa przyczyna spędzała teraz czas z jego przyjacielem i nawet w obecnym stanie, poprzez burzę innych emocji, poczuł złość.
Ale co było gorsze? To cholerne uczucie bezdechu, towarzyszące mu za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślał. Kiedy myślał o niej.

czytasz? skomentuj. każda opinia jest dla mnie ważna, nawet najkrótsza :) 

sobota, 12 lipca 2014

18.


Odsunął się, pozostawiając ją z przejmującym uczuciem chłodu, ogarniającym całe jej ciało. Przełknęła głośno ślinę i zaczęła pospiesznie poprawiać ubranie, gnana nieprzeniknionym spojrzeniem chłopaka z kręconymi włosami. Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy, dlatego całą swoją uwagę poświęciła zapinaniu guzików płaszcza, chcąc przy okazji ukryć widowiskowe rumieńce na policzkach.
- Nie mogłaś po prostu powiedzieć, że jesteś zajęta? – ostry głos Harry’ego przerwał ciszę, a palce dziewczyny znieruchomiały na materiale szalika.
Musiała na niego spojrzeć, chociaż wiedziała, jaki widok zastanie. Obie dłonie Stylesa, jeszcze niedawno powoli przesuwające się po jej odkrytej skórze, teraz zostały wciśnięte głęboko w kieszenie obcisłych dżinsów. Zielone oczy ciskały gromy, wyraźnie ciemniejąc. Naprawdę próbował zachować spokój, z całej siły. Ale nie potrafił. Zaciskał szczękę, tłumiąc pragnienie, aby stanąć przed Liamem razem z Darcy. Rzuciłby mu tym samym wyzwanie, chociaż… do czego właściwie by to zaprowadziło? Nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że na samą myśl o Paynie i dziewczynie stojącej przed nim, spędzających razem wieczór, czuł wielką potrzebę rozwalenia czegokolwiek.
- Miałam skłamać? – Darcy skrzywiła się, wiedząc, że wyczerpała dzisiaj swój limit – Wyczułby to. Poza tym… nie potrafię.
- Oczywiście – usta chłopaka wygięły się w ironicznym uśmieszku. Znowu to robił. Odsuwał się, przybierając pozę wyluzowanego sukinsyna. Nienawidziła tego tak bardzo, że z trudem powstrzymywała się od zdrapania tego grymasu własnymi paznokciami – Bo przecież okłamywanie mnie nie sprawia ci specjalnych trudności.
- Harry… - Darcy potrząsnęła głową, czując znużenie – Liam jest moim przyjacielem, on…
- Och, jasne – przerwał jej, odsuwając się jeszcze dalej. Cała bliskość, którą wytworzyli, w jednej chwili znikła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Starał się zachować obojętny wyraz twarzy, który ukryłby, jak bardzo raniące były jej słowa – Zapomniałem. On ma specjalne prawa, a ja jestem nikim. Nie warto się tym przejmować, Darcy.
- Boże, Harry, nie o to mi chodziło! – zawołała, zaciskając powieki w desperacji. Kiedy je otworzyła, zobaczyła, że Styles odchodzi, kierując się na uliczkę, którą jeszcze niedawno wracała do domu – Harry, do cholery! Zatrzymaj się!
Odwrócił się na chwilę i przez sekundę mogła zobaczyć jego piękną twarz, zanim schował ją za głęboko naciągniętym, czarnym kapturem. Miała ochotę podbiec do niego i zatrzymać, zmusić, żeby został. Chciała powiedzieć wiele, obiecać, że jakoś spławi Liama, ale… wiedziała, że gdyby to zrobiła, nie byłoby już odwrotu. Dokonałaby wyboru, a w tym momencie zupełnie nie czuła się na siłach.
- Po co? Liam na ciebie czeka. Mną naprawdę nie trzeba się przejmować, Darcy.
Nie dał jej nawet możliwości zaprzeczenia. Po prostu odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, znikając za zakrętem. Zostawiając ją w stanie kompletnej rozsypki, spragnioną każdego kolejnego dotyku i wściekłą za to, że teraz on był osobą, która ucieka. Poczuła pojedynczą łzę, powoli spływającą po policzku i starła ją jednym ruchem. Nienawidziła swoich słabości.
Nienawidziła faktu, że Harry Styles powoli, ale sukcesywnie stawał się jedną z nich.

Miała nadzieję, że wygląda w miarę normalnie i Liam nie zauważy śladów łez na policzkach. Spędziła pięć minut pod jedną z zapalonych latarni, usiłując doprowadzić swój makijaż do porządku i przy okazji ignorując głupawe gwizdy wyrostków z bloku po drugiej stronie ulicy. Kiedy czuła się już nieco pewniej, weszła na klatkę schodową, biorąc kilka głębszych wdechów.
Liam faktycznie siedział na schodach przed jej drzwiami. Jego twarz rozświetlił szeroki uśmiech, obejmujący ciepłe, brązowe oczy, a Darcy dopiero teraz z pełną świadomością poczuła, jak bardzo za nim tęskniła. Nie było go zaledwie trzy dni, ale wiedziała, że potrzebuje tej serdeczności i dobroci, jaką oferował. Bała się jednak, że dostrzeże jej nie najlepszy humor i niestety, złe przeczucia się sprawdziły. Jedno szybkie spojrzenie na twarz przyjaciółki wystarczyło, aby jego własna zmarkotniała.
Wstał szybko i bez zbędnych słów zamknął ją w ciasnym uścisku. Darcy z wdzięcznością oplotła jego kark ramionami, wplatając dłonie w gęste włosy. Westchnęła ciężko, kiedy tylko wtuliła twarz w ciepłą bluzę przyjaciela i poczuła, jak jej mięśnie się rozluźniają. Usta Liama dotknęły delikatnie jej czoła, a dłonie gładziły po plecach.
Stali tak przez dłuższą chwilę, chłonąc swoją bliskość, której obojgu brakowało. W końcu Darcy odsunęła się od Liama, nieudolnie próbując otworzyć drzwi. Widząc to, Payne delikatnie wyplątał klucz spomiędzy palców szatynki i wyręczył ją, gestem zapraszając do środka.
- Powiesz mi, co się stało? – zapytał ostrożnie, kiedy oboje zdjęli swoje wierzchnie okrycia i przeszli do kuchni.
Darcy cieszyła się, że stoi odwrócona plecami do chłopaka. Nie mógł zobaczyć lekkiego grymasu, który w niekontrolowany sposób przeszedł przez twarz Darcy. Na pół uderzenia serca przed oczami stanął jej przygarbiony Harry, znikający za bramą i w tym momencie miała dziką ochotę na rzucenie kieliszkiem, który właśnie trzymała w dłoni.
- Miałam… bardzo ciężki dzień, to wszystko – wymamrotała cicho, wiedząc, że w każdej chwili głos może odmówić jej posłuszeństwa.
- Darcy – ton Liama obniżył się lekko i niemal widziała, jak jego oczy ciemnieją, a ręce zwijają w pięści – jeśli ktoś sprawił ci jakąś przykrość… skrzywdził cię… obiecuję, że własna matka go nie pozna.
I taki właśnie był Liam Payne, jej najlepszy przyjaciel. Zawsze. Na co dzień wcielenie dobroci, ale kiedy zauważył chociażby cień zmartwienia na twarzy Darcy… W jakiś tajemniczy sposób przeistaczał się w człowieka, który mógłby poważnie zranić samym spojrzeniem. Poza tym… za żadne skarby świata nie powiedziałaby mu, że chodzi o Harry’ego. Nie tylko wywołałaby tym zapewne rozłam w zespole, ale… Boże, nigdy by jej tego nie wybaczył, wyczuwała to wszystkimi swoimi zmysłami.
Dlatego nie pozostało nic innego, jak tylko odwrócić się i uśmiechnąć najszczerzej, jak potrafiła.
- Spokojnie, Liam, nie wyciągaj karabinu – zażartowała, podchodząc do chłopaka i lekko szturchając go w ramię. Zrelaksował się trochę, przyciągając Darcy mocniej do siebie – Każdemu zdarza się ciężki dzień, prawda? A studio tańca to nie są przelewki, czasami wszystko boli.
- Nawet ciebie? – brwi chłopaka uniosły się w górę – Przecież tańczysz chyba w każdej minucie swojego życia, nie znam nikogo bardziej giętkiego od ciebie.
Przy ostatnich słowach uśmiechnął się znacząco, a Mayer zakrztusiła winem, które właśnie piła.
- Boże, Payne, chcesz mnie zabić? – wymamrotała, ocierając załzawione oczy – Wszyscy się dzisiaj zmówiliście i strzelacie takimi tekstami akurat, gdy piję?
- Wszyscy? – usłyszała zdziwiony głos chłopaka, gdy przechodzili do dużego pokoju, aby rozłożyć się na kanapie z butelką wina, dwoma kieliszkami i pokaźnym pudełkiem chińszczyzny.
Darcy usiadła po turecku, obserwując, jak Liam siada w dość podobny sposób naprzeciw niej. Nadal oczekiwał odpowiedzi, ale tym razem mogła powiedzieć prawdę. Co za ulga.
- Wiesz, dzisiaj po treningu rozmawiałam z Leigh o George’u i akurat, gdy piłam wodę, zapytała, czy mi się podoba…
Zamarła, widząc nagłą zmianę w wyrazie twarzy przyjaciela. Jego szczęka mocno się zacisnęła, a oczy przybrały kamienny wyraz. Z szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak gwałtownie odstawia styropianowe pudełko na stolik i wstaje, nie racząc się nawet odezwać.
- Liam? – Darcy podążyła za nim, z niepokojem obserwując jego napięte plecy – Liam, do cholery, o co ci chodzi?
Wytrącona z równowagi jego upartym milczeniem, musiała działać. Miała wrażenie, że zamierza opuścić bez słowa jej mieszkanie, a na to nie chciała pozwolić. Nie kolejny raz tego dnia. Dlatego złapała go mocno za ramię i obróciła twarzą do siebie, kipiąc złością.
- Co jest z tobą nie tak? Reagujesz kompletnie irracjonalnie, Liam! – zawołała, wyrzucając ręce w górę w wyrazie frustracji. – Za każdym razem, gdy wspomnę o George’u, tracisz rozum!
Ze zdumieniem patrzyła, jak Payne opiera się o drzwi wejściowe, uderzając w nie głową. Nie rozumiała jego zachowania, ale nie pozwoli mu wyjść, dopóki nie dowie się, co nim kierowało.
- Liam, do cholery! – krzyknęła, tupiąc nogą jak mała dziewczynka. Wbrew sobie poczuła pieczenie pod powiekami, wynik wszystkich tych stresujących sytuacji dzisiejszego dnia – Jeśli teraz wyjdziesz, nie będziesz miał po co wracać – wyszeptała.
Dopiero teraz zobaczyła jakąś zmianę w Liamie. Jego spojrzenie złagodniało, a ramiona lekko opadły. Czekała, drżąc z niecierpliwości.
- Nie mogę znieść obecności tego kolesia w twoim życiu, rozumiesz? – wycedził powoli, jakby każde słowo nieuchronnie zbliżało ich do prawdy. I tak zapewne było – George to, George tamto… Chociaż właściwie nie chodzi nawet konkretnie o niego. Nie zniósłbym… kurwa, nie zniósłbym żadnego innego faceta, nieważne, czy to pieprzony Goerge, czy ktoś inny.
Zdumienie odebrało jej oddech i zdolność rozsądnego myślenia. Patrzyła na Liama, swojego najlepszego przyjaciela i jednocześnie widziała Harry’ego. To Harry był powodem jej mętliku w głowie, to z nim łączyła ją ta nienormalna relacja. Co było najgorsze? Och, kilka rzeczy. Po pierwsze przymus zachowania wszystkiego w tajemnicy. Po drugie… to, że Payne chyba właśnie wyznał jej uczucia. Stanowczo odbiegające od tych przyjacielskich.
- Boże, Liam… - nie wiedziała, co powiedzieć, dlatego zdecydowała się na najgłupszy w tej sytuacji tekst – Nigdy niczego nie czułam do George’a. Poza tym… on… on nie lubi mnie w taki sposób… ani żadnej innej dziewczyny.
Przez chwilę brunet patrzył na nią z wyrazem kompletnego niedowierzania na twarzy. A potem… potem zaczął się śmiać. Odchylił głowę do tyłu, trzęsąc się pod wpływem wesołości i tej cholernej ulgi, która opanowała całe jego ciało. Darcy była w stanie tylko na niego patrzeć. Nogi jakby wrosły jej w ziemię, dlatego mogła tylko obserwować, jak się śmieje.
Jak powoli poważnieje, przenosząc wzrok na oczy dziewczyny. Potem na jej usta.
Jak powoli się zbliża, kładąc jedną dłoń na jej policzku i owiewa twarz ciepłym oddechem.
Jak z wahaniem łączy ich usta w pocałunku, drugą rękę ułożywszy na talii Darcy i przyciąga bliżej do siebie.
Miała wrażenie, że obserwuje całą sytuację z boku, jako osoba zupełnie postronna. Dlatego wydawało jej się, że to inna dziewczyna z wahaniem oddaje pocałunek, przez co Liam się uśmiecha. Nie czuła tego samego, co z Harrym. Tego palącego pożądania, potrzeby bliskości, głodu, który odbierał zdolność racjonalnego myślenia. Nawet teraz, całując się z najlepszym przyjacielem, nie zaspokoiła żadnego ze swoich pragnień. Czuła się… po prostu dobrze. Bezpiecznie.
Całkowicie przeciwieństwo emocji, które przeżywała, będąc ze Stylesem.
Odsunął się od niej, oddychając nieco szybciej, ale w jego oczach doskonale widoczne było wahanie. Wiedział, że tym gestem postawi ich relację pod znakiem zapytania, ale… nie umiał już dłużej tego ciągnąć.
- Liam, ja… - Darcy westchnęła spazmatycznie, zaciskając palce na skraju koszulki – potrzebuję czasu. Naprawdę… trochę mnie zaskoczyłeś. Nawet bardzo – wiedziała, że się plącze, rozbawienie w oczach Payne’a, towarzyszące obawie, nie pozostawiało co do tego żadnych wątpliwości. – Daj mi czas, żeby wszystko przemyśleć, dobrze? – popatrzyła na niego błagalnie, modląc się, aby zrozumiał.
- Nie wymagam od ciebie natychmiastowej deklaracji, Darcy – powiedział miękko, a ona miała ochotę pocałować go chociażby z wdzięczności – Po prostu musiałem to zrobić. Zaczekam. Najważniejsze, że mnie nie odrzuciłaś, to daje… jakąkolwiek nadzieję. A tego właśnie potrzebowałem.
- Mógłbyś… zostawić mnie samą? Proszę? – obydwoje wiedzieli, że po tym, co się stało, nie spędzą wieczoru tak samo, jak zazwyczaj.
Dlatego Liam pokiwał głową, jeszcze raz krótko całując ją w usta na pożegnanie. Jak tylko usłyszała odległy trzask drzwi frontowych, wrzasnęła głośno, uwalniając tym samym całą swoją frustrację.
To jednak nie wystarczało. Wiedziała, że jeśli komuś się nie wygada, wybuchnie i zrobi coś naprawdę głupiego. Potrzebowała jednej osoby, która jej nie oceni, najprawdopodobniej zna już część historii i zachowa wszystko dla siebie.
Dlatego wybrała ten numer.
- Darcy? Wszystko w porządku? – spokojny głos Eleanor Calder po drugiej stronie sprawił, że Darcy puściły wszystkie hamulce. Osunęła się na podłogę w korytarzu, opierając plecami o zimną ścianę i drżąc.
- Nic nie jest w porządku, Els – wyszeptała, pozwalając łzom swobodnie popłynąć – Możesz do mnie przyjechać? Proszę? Potrzebuję rozmowy, jak nigdy w życiu.
Wystarczyła tylko chwila, aby usłyszała odpowiedź.
- Szykuj dobre wino, za dziesięć minut u ciebie jestem.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

17.


- Ziemia do Darcy!
Mayer dopiero po dobrej chwili zorientowała się, że z drugiego końca sali macha do niej Leigh. Dzisiejszy trening był naprawdę ciężki, musiała się na chwilę zatrzymać i usiąść w kącie. Cały ten dzień nie pozwalał jej spokojnie oddychać. Właściwie… miała ten problem od niecałych siedemdziesięciu dwóch godzin – czyli od momentu, w którym otworzyła drzwi do mieszkania chorego Stylesa.
Zawsze wkładała w taniec wszystkie swoje uczucia, ale nie sądziła, że kiedykolwiek ta ekspresja może ją przytłoczyć. Nauczycielka obserwowała ją z podziwem, co zresztą podkreśliła przed wyjściem z klasy, ale Leigh przeczuwała, że coś jest nie tak. Widziała jej ukradkowe, zmartwione spojrzenia, rzucane z przeciwległego rogu klasy. Starała się nie zwracać na to uwagi i wyciskała z siebie siódme poty, chcąc po prostu… przestać myśleć. Ostatnie dwa dni prześladowały ją w każdej minucie, którą spędziła z dala od Harry’ego.
Niedzielny ranek przywitała w ciepłych objęciach śpiącego Stylesa. Jego skóra nie była już tak gorąca, jak poprzedniego dnia, dreszcze również ustały. Obejmował ją trochę luźniej, niż w momencie, kiedy zasypiali, co potraktowała jako błogosławieństwo. Przez dłuższą chwilę leżała na plecach, czując na swojej talii ciężar dłoni chłopaka i przyglądała się jego twarzy. Lekko rozchylonym, pełnym ustom, które zaledwie kilka godzin temu całowały ją z takim zapamiętaniem. Zamkniętym powiekom, od czasu do czasu drgającym lekko, jakby dręczył go jakiś sen. Rzęsy chłopaka kładły się długim cieniem na policzkach i nie wiedzieć czemu, miała ochotę ich dotknąć. Kilka loczków opadło mu nieporządnie na czoło, przez co wyglądał jak mały chłopiec.
Na samą myśl o momencie, w którym się obudzi i spojrzy na nią, czuła strach. Dlatego postanowiła wymknąć się niepostrzeżenie. Harry spał jak zabity, bardzo osłabiony gorączką. Kiedy trochę się odświeżyła i ubrała w wielkim pośpiechu, stanęła jeszcze w drzwiach jego sypialni, patrząc, jak leży na brzuchu, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Miała ochotę znowu położyć się obok, ale wiedziała, że zgubi ją to ponownie.
Nie odezwał się do niej, ani po tym, jak zapewne się obudził, ani dzisiaj. Głęboko pod skórą wyczuwała, że jest zły. Pamiętała, jak prosił, aby mu nie uciekała, a… no cóż, nie zrobiła nic innego. Wycofała się jak tchórz, w obawie przed emocjami, które rozrywały ich oboje od środka. Była tego pewna. Widziała, jak na nią patrzył i niemalże czuła wibracje w kościach, spowodowane jego zagniewanym i zachrypniętym głosem. Brak wiadomości wcale nie poprawiał jej humoru, wręcz przeciwnie – czuła strach. Musiał być wściekły i tylko czekała, aż to okaże.
Przynajmniej nie tkwiła w tej nienormalnej sytuacji, zagubiona pośród własnych uczuć, samotnie.
Potrząsnęła głową, starając się uciec przed obrazami, które podsuwał jej własny umysł i uśmiechnęła się blado do przyjaciółki. Była naprawdę wykończona, bolały ją wszystkie mięśnie, a gardło paliło od braku wody. Obserwując, jak Leigh podchodzi do niej szybko i siada naprzeciwko ze skrzyżowanymi nogami, upiła łyk wody.
- Dobra – zaczęła czarnowłosa z poważnym wyrazem twarzy – albo mi powiesz, co się dzieje, albo wyduszę to z ciebie siłą.
- Wydaje ci się – stwierdziła Darcy i nawet w jej uszach to zdanie brzmiało wyjątkowo mało przekonująco – Jest w porządku.
- Chodzi o George’a, prawda? Podoba ci się? – zapytała Leigh tak niespodziewanie, że Mayer zakrztusiła się wodą.
Jakieś dwie minuty zajęło jej dojście do siebie, a kiedy to się stało, wybuchła niepohamowanym śmiechem. Leigh obserwowała w zdekoncentrowaniu, jak Darcy kładzie się na podłodze, targana niekontrolowanym rozbawieniem. Dopiero po chwili usiadła z powrotem, ocierając łzy płynące po policzkach.
- Przepraszam –wykrztusiła, jeszcze trochę chichocząc – Boże… Leigh, nie! Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? George jest moim dobrym kolegą, ale… to wszystko!
- Na pewno? – czarnowłosa patrzyła na nią podejrzliwie – Bo wiesz, mam przygotowaną małą mowę na pocieszenie w tej beznadziejnej sytuacji.
Tym razem to Mayer spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Co masz na myśli? To znaczy… nie mam jakiejś ogromnej samooceny, ale chyba nie jestem aż tak fatalna?
- Nie to miałam na myśli! – Leigh pospieszyła z wyjaśnieniami, czerwieniąc się lekko – Po prostu… George… No wiesz, on… raczej nie gustuje w dziewczynach, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
- Och – Darcy przez chwilę patrzyła na tańczącego nie daleko chłopaka, ubranego w obcisłą bokserkę i luźne dresowe spodnie. Właściwie jakoś nie interesowała się preferencjami swoich przyjaciół, ale… - Spoko – stwierdziła z uśmiechem, odwzajemniając spojrzenie zakłopotanej przyjaciółki – Naprawdę nie mam z tym problemu.
- No dobra – nacisk w głosie Leigh kazał przygotować Darcy jakąś lepszą wymówkę, niż poprzednio – Ale coś jest na rzeczy. Miałaś taką minę, kiedy tańczyłaś, jakby… No nie wiem, coś rozrywało cię od środka.
- Po prostu… - tkwię w chorej relacji z najpopularniejszym chłopakiem na ziemi, podczas gdy kolejny najpopularniejszy chłopak na ziemi i mój przyjaciel w jednym ma dziwne ataki zazdrości, których nie rozumiem – Wiesz, moje kontakty z ojcem nie są najlepsze i… znowu się pokłóciliśmy. A nasze awantury są raczej potężne. – westchnęła cicho, czując wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa. Kolejnego w ciągu zaskakująco krótkiego czasu – Dlatego staram się pozbierać.
- Gdybyś chciała pogadać o tym jakoś… dłużej, to jestem do twojej dyspozycji – Leigh pochyliła się w stronę Darcy i objęła ją niezgrabnie. Szatynka odwzajemniła uścisk, pozwalając, aby jej twarz wykrzywił grymas poczucia winy, gdy tylko przyjaciółka nie mogła tego zauważyć – Pamiętaj.
- Jasne – musiała jakoś wyplątać się z tej niezręcznej sytuacji, dlatego z przepraszającym uśmieszkiem podniosła się i chwyciła torbę – Przepraszam, ale muszę już spadać, jestem umówiona z przyjacielem.
- Jasne, nie ma sprawy – Leigh odwzajemniła uśmiech, zupełnie nieświadoma wyrzutów, jakie targają Darcy – Trzymaj się i do jutra, tak?
- No jasne – Mayer próbowała wykrzesać z siebie odrobinę entuzjazmu, ale cholera, naprawdę nie było łatwo.
Po prostu… chciała tylko oddychać lżej, czy to było aż tak wiele?

Ciężar przygniatający jej serce nieco zelżał, kiedy znalazła się za furtką szkoły. Powoli zapadał zmrok, dlatego niemalże od razu przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu. Zatopiła twarz w miękkim, niebieskim szaliku, aby poczuć trochę więcej ciepła.
Stopniowo oddalała się od centrum Londynu. Z każdą uliczką ilość osób malała, a cisza nabierała złowieszczego wydźwięku. Zacisnęła palce na pasku od torby, próbując uspokoić złe przeczucia, które nią targały. Po raz kolejny pomyślała o Liamie i zatęskniła za przyjacielem jeszcze mocniej. Tak bardzo chciała, żeby tutaj był, przytulając ją do swojego boku i prowadząc bezpiecznie do domu…
Była już niedaleko swojej kamienicy, tak niedaleko, że cały niepokój praktycznie ją opuścił. Przechodząc obok ciemnej bramy, prowadzącej na zaniedbane podwórko, nawet nie zerknęła do wnętrza, tak bardzo pochłonięta swoimi myślami.
I może właśnie to był błąd.
Męska dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, wciągając do środka. Strach pozbawił ją zdolności wydawania jakiegokolwiek dźwięku. Poczuła, jak uderza plecami o zimny kamień, zaraz za wejściem do bramy, tak, że żaden przechodzeń nie mógł jej zobaczyć. Nie mogła liczyć na pomoc.
Wysoki mężczyzna przycisnął ją własnym ciałem do lodowatej ściany, oddychając ciężko. Tylko, że… mogła przysiąc, że skądś kojarzyła tę sylwetkę. Te duże dłonie ze szczupłymi palcami, trzymające ją za ramiona. I dopiero wtedy, gdy zdjął kaptur, nabrała pewności.
Tych zielonych oczu, ciskających błyskawice na wszystkie strony i burzy czekoladowych loków nie mogłaby przeoczyć ani pomylić.
- Zwariowałeś? – krzyknęła słabo, jej serce nadal biło nienaturalnie szybko – Nie mogłeś zaczekać na klatce schodowej, jak normalny człowiek, tylko bawić się w jakieś napady?
On jednak zachowywał się tak, jakby w ogóle nie dosłyszał tych słów. Może faktycznie tak było. W jego głowie szumiało i wiedział tylko jedno – był zły i cholernie sfrustrowany. Znowu.
- Możesz mi powiedzieć – wycedził, z trudem powstrzymując gniew, kumulujący się w nim od wczorajszego poranka – dlaczego znowu to zrobiłaś? Dlaczego znowu uciekłaś?
- Harry… - starała się patrzeć mu w oczy, ale siła jego spojrzenia sprawiała, że miękły jej kolana – Po pierwsze, puść mnie, proszę, to boli.
Przesunął spojrzenie z jej twarzy na ramiona, wokół których zaciskał swoje palce. Przez cały szał, jaki nim kierował, przebił się promyk zdrowego rozsądku i z lekkim poczuciem winy rozluźnił uścisk.
- Teraz mi wyjaśnisz? – zapytał nieco spokojniej, przymykając oczy, aby choć trochę się uspokoić. Wszystko wymykało mu się spod kontroli, a on nie umiał zachować się inaczej, jak tylko poddać się temu. W ostatnich czasach destrukcja była jego drugim imieniem, prawda?
- Ja… po prostu… musiałam wyjść, miałam zaplanowany dzień. I tak zostałam dłużej, niż powinnam – wymamrotała, chociaż w rzeczywistości spędziła ten dzień, bezmyślnie gapiąc się w telewizor.
Jedna dłoń Harry’ego oderwała się od ramienia dziewczyny i z głuchym odgłosem wylądowała na kamiennej ścianie na wysokości jej głowy.
- Pieprzysz – jego szczęka drżała mocno, a Darcy obawiała się, aby nie wyładował na niej swojej furii w znacznie gorszy sposób – To wszystko pieprzenie, May. Nie chciałaś zostać, bo się bałaś. Tego, co by się stało, gdybyśmy obudzili się oboje. Taka jest prawda.
- Nie schlebiaj sobie, Styles – warknęła Darcy, czując w końcu odwagę, aby przeciwstawić się jego bezczelności. Chociaż miał cholerną rację – Mam prawo mieć własne życie, czy ci się to podoba, czy nie.  I mam też prawo…
Nie pozwolił jej dokończyć, oczywiście, że nie. Chciał po prostu przerwać ten potok bezsensownych słów płynących z ust dziewczyny. Kolejnych kłamstw, których nie miał ochoty słuchać. Dlatego nie pytając o zgodę, wpił się w jej usta, zostawiając niedokończona zdanie i zdumiony jęk, który wyrwał się z gardła Darcy.
Nie miała tak silnej woli, jak pragnęła. Czując nacisk jego warg, wiedziała, że tęskniła tylko za tym. Za sposobem, w jaki rozchylał jej usta, wślizgując się językiem do wnętrza i leniwie je pieszcząc.  Jakby mieli cholernie dużo czasu. Za sposobem, w jaki jego ręce zaciskały się wokół jej talii, nie pozwalając na ucieczkę. Dlatego nie mogła zrobić nic innego, jak tylko w desperackim geście ująć twarz Harry’ego we własne dłonie i gwałtownie odwzajemnić pieszczotę, pragnąc więcej i więcej.
Nie wiedziała nawet, kiedy jego ręce przemieściły się niżej, naciskając na skórę nieco poniżej pośladków. Nie zaprzątając sobie głowy czymś tak trywialnym jak myślenie, odruchowo lekko podskoczyła i oplotła nogami biodra chłopaka, co powitał cichym pomrukiem aprobaty. Nie zwróciła uwagi na lekki ból w dole pleców, gdy zatoczyli się, uderzając w ścianę. Liczył się tylko fakt, że był tak blisko. Że mogła go całować, mimo, że od ostatniej takiej pieszczoty minęło zaledwie dwadzieścia cztery godziny. Liczyły się jego dłonie na jej ciele i jej dłonie na twarzy Harry’ego. Tylko obezwładniająca bliskość i wymieszane zapachy miały jakiekolwiek znaczenie.
I miała ochotę zabić kogokolwiek, kto w tym momencie zdecydował się wybrać jej pieprzony numer telefonu i zadzwonić.
Cicha melodyjka rozdarła im bębenki. Harry zaklął pod nosem, kiedy jego wargi jakimś cudem dotarły do szyi dziewczyny, uporawszy się wcześniej z niebieskim szalikiem.
- Nie odbieraj – wymamrotał, przygryzając delikatnie jej skórę, co spotkało się z cichym jękiem Darcy.
Mimo to zebrała w sobie wystarczająco dużo siły, aby ponownie stanąć obiema nogami na ziemi i zwiększyć dystans.
- Harry… Pięć minut, proszę… Pięć minut – szeptała desperacko, kiedy dłonie Stylesa rozpięły guziki jej płaszcza i teraz pewnie błądziły po skórze pod luźną bluzką.
- Tylko pięć – warknął, odsuwając się i chowając twarz w zagłębieniu jej szyi – Ani minuty dłużej.
Z cichym westchnieniem zerknęła na wyświetlacz. Mogła się spodziewać, że dzisiaj zadzwoni, ale to wcale nie sprawiło, że nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej zelżał. Niczego nie ułatwiał jej Harry, który nadal napierał na nią swoim ciałem, owiewając jej szyję ciepłym oddechem. Jego bliskość mąciła jej w głowie tak bardzo, że nie potrafiła nawet zebrać myśli, co dopiero sklecić zdania.
Darcy? – w słuchawce rozległ się radosny głos Liama, a ciało Harry’ego na ten dźwięk wyraźnie zesztywniało – Gdzie jesteś?
- Ja… Ja właśnie wracam do domu – wydukała, czując, jak wargi Stylesa znowu wędrują po jej szyi, gwałtowniej niż chwilę wcześniej. Nieświadomie wplotła palce we włosy zielonookiego, próbując złapać chociaż odrobinę dystansu i przestrzeni. – Czemu pytasz?
- To pospiesz się, właśnie czekam na ciebie pod drzwiami i szczerze mówiąc, chciałbym już wypić to, co przyniosłem – powiedział, cicho się śmiejąc.
- Um… Za… - jej głos lekko się załamał, kiedy chłodne palce Harry’ego wślizgnęły się pod jej bluzkę i dotknęły brzucha – za pięć minut będę, okej? Czekaj tam na mnie.
Po otrzymaniu radosnej zgody od przyjaciela, rozłączyła się. Nie widziała jeszcze twarzy Harry’ego,  schowanej w jej włosach, ale było tylko kwestią czasu, kiedy będzie musiała zmierzyć się z tym gniewem. I własnym rozczarowaniem.

czytasz? skomentuj, każda opinia jest dla mnie ważna, nawet najkrótsza :)

piątek, 4 kwietnia 2014

16.


Darcy siedziała skulona na fotelu, obserwując, jak Styles niechętnie połyka garść leków i witamin, popijając gorącą herbatą z cytryną i syropem malinowym. Próbowała nie przyglądać się z fascynacją jego poruszającej się miarowo krtani i idealnie podkreślonym liniom karku i szczęki, gdy przechylał głowę, zaciskając wargi na brzegu kubka. Wiedziała, że jej rola w sumie już się zakończyła, że powinna była wyjść. Obiecała Leigh, że jeśli jeszcze da radę, to do nich dołączy. Nie wyjawiła oczywiście dokładnej przyczyny zmiany planów, ponieważ przyjaciółka najprawdopodobniej ledwo by w to uwierzyła. Znalazła więc rozsądniejszą wymówkę, która nie do końca mijała się z prawdą.
Ale nie umiała tak po prostu go opuścić i chyba to przerażało ją najbardziej.
Od jakiegoś czasu oglądali durny reality show w telewizji, próbując zabić czas i emocje, które w nich buzowały. Spojrzenie Harry’ego co jakiś czas, stanowczo częściej, niżby tego chciał, wędrowało w kierunku fotela, na którym siedziała Darcy. Ciągle miał wrażenie, że majaczy, że jej obecność jest wytworem jego owładniętego gorączką umysłu. Nie mogła tutaj być, nie po tym wszystkim, co się stało. A jednak… kilka razy uszczypnął się niepozornie w nogę i ona nadal nie znikała. Po prostu musiał w to uwierzyć.
Mimo wszystko czuł szaloną frustrację ze świadomością, że jest tak blisko, a nie może jej dotknąć.
- Zimno mi – wymamrotał idiotycznie.
Oczy szatynki zwróciły się w jego stronę, patrząc z lekkim zdezorientowaniem.
- Um… przykryj się? – powiedziała niepewnie, nie do końca wiedząc, co chce jej przekazać. A raczej wolała się nie domyślać.
- Boże – wywrócił oczami, gwałtownie wychylając się i wyciągając ramię. Nie miał problemu, aby chwycić ją za nadgarstek i delikatnie zmusić do podniesienia się z fotela – Po prostu… chodź tutaj, dobra?
Potykając się lekko o własne nogi, klapnęła niezgrabnie obok chłopaka, asekurowana jego pewnym ramieniem. Nie dając jej czasu na wzięcie chociażby głębszego oddechu, objął ją i przyciągnął mocno do siebie, chowając w twarz w zagłębieniu szyi. Czuła ciepły oddech Harry’ego, owiewający jej obojczyki i odruchowo się spięła. Już raz tak zaczynali i skończyło się… bardzo frustrująco dla obojga. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż był cholernie rozgrzany gorączką i faktycznie, mocno drżał.
- Czy mogłabyś się rozluźnić? Proszę? – usłyszała jego sfrustrowany szept, wprawiający jej skórę w lekkie wibracje.
- Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł… - zaczęła, ale umilkła szybko, czując drugą dłoń Stylesa, ostrzegawczo zaciskającą się na jej biodrze.
- Nie myśl. Mam dla ciebie taką małą radę. – stwierdził z rozbawieniem, ku uldze dziewczyny zabierając rękę – Po prostu… potrzebuję cię. Nawet sobie nie wyobrażasz…
- Czego, Harry? – zapytała łagodnie, słysząc nagłą zmianę w głosie chłopaka i jego lekkie drżenie. Palce, do tej pory bezwładnie spoczywające na materiale sofy, przeniosła wyżej i wplotła je w loki Stylesa.
Nie miała pojęcia, do czego dążą i wiedziała, że taka sytuacja już się nie powtórzy, że Harry po prostu jest zdekoncentrowana, podłamany i rozproszony gorączką. Ale chciała zatrzymać tę chwilę i wycisnąć do ostatniej kropli. Wobec tego przebiegła po kolejnych warstwach czekoladowych loczków, wywołując w jego gardle urywane westchnienie.
- Zawsze… - brzmiał tak młodo. Jak mały chłopczyk, pozbawiony najważniejszej osoby w życiu. Próbowała zachować spokój, kiedy poczuła na swoim dekolcie kilka słonych kropel, ale było to naprawdę trudne. Gdy w rzeczywistości chciała przytulić go tak mocno, aby wypuścić z niego cały ból – Kurwa, nie powinienem ci o tym mówić, ale… Zawsze, kiedy chorowałem, ona tutaj przyjeżdżała.
- Twoja… mama? – podpowiedziała mu cicho, ale zdała sobie sprawę, że to nie najlepszy pomysł, gdy zamiast odpowiedzi ze ściśniętego gardła chłopaka wydobył się stłumiony jęk. – Przepraszam, Harry, przepraszam…
- Nie, spokojnie – odparł szorstko. Przesunął się, drażniąc loczkami jej policzek, ale nadal nie podnosił głowy, zbyt zawstydzony swoim wybuchem emocji – A teraz… Wiesz, robisz, dokładnie to samo, co ona i ja… ten rosół, herbata, to, że siedzisz tutaj ze mną…
- Nie powinnam była – stwierdziła cicho, ponownie się spinając – Może… może lepiej będzie, jeśli pójdę już, Harry.
Nawet nie wiedział, jak bardzo nie chciała go opuszczać. Miała świadomość, że to jednorazowa sytuacja. Że jak tylko wyzdrowieje, będzie znowu tym samym, zamkniętym w sobie i odgradzającym się murem od wszystkich dupkiem. Nie umiała jednak myśleć aż tak perspektywicznie, nie w tej chwili. Ale jeśli jej obecność przypominała mu o osobie, którą stracił… Nie chciała być przyczyną większego bólu.
Straciła jednak tę pewność, kiedy jego dłoń odnalazła pod kołdrą, którą niepostrzeżenie okrył ich dwoje, jej własną i chwyciła ją desperacko. Pokręcił głową, po raz kolejny drażniąc skórę Darcy swoimi włosami.
- Nie możesz… Nie możesz, proszę. Zostań ze mną – powiedział ochrypłym szeptem, modląc się w duchu, aby przynajmniej w oczach siedzącej obok dziewczyny nie wyglądał na tak zdeterminowanego, jak się czuł. Niepostrzeżenie przysunął się bliżej, tak, że jego spierzchnięte usta dotknęły odkrytej skóry na dekolcie Darcy. Lekki dreszcz obudził gdzieś z tyłu głowy Stylesa czające się pragnienie, ale naprawdę, tym razem nie chciał jej wystraszyć. Potrzebował obecności drugiego człowieka bardziej, niż faktycznego zbliżenia.
Poza tym, czując jej dotyk, jej ciepło, odnajdywał spokój, który zaspokajał w jakimś stopniu frustrację, miotającą nim przez długi tydzień.
- Dobrze – wymamrotała, a ulga zalała jego wnętrze – Tylko… naprawdę niedługo będę musiała się zbierać, nie mam kasy na taksówkę, a stąd do mojego mieszkania jest kawałek drogi…
- Nie mówiłem o tym, że masz zostać na chwilę – powiedział, przesuwając palcem po obojczyku Darcy – Możesz tutaj zostać… do jutra.
- Harry – Mayer lekko się szarpnęła, czując jak jej policzki oblewa nieznośne gorąco – Naprawdę, chyba nie powinniśmy…
- Boże, May, spokojnie – wywrócił oczami, nieświadomie używając nielubianego przez dziewczynę zdrobnienia – Nie zrobię nic, czego nie będziesz chciała… nieważne, czy sam bardzo tego chcę.
- Nie mam nic na przebranie – powiedziała słabym głosem, wiedząc, że jej wola słabnie pod wpływem ostatnich słów chłopaka.
Bez słowa wstał z kanapy, na chwilę znikając w korytarzu. Szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak wraca, trzymając w dłoni szare, dresowe spodnie i swoją koszulkę, niewątpliwie na nią za duże. Obie rzeczy rzucił na jej kolana, uśmiechając się pod nosem.
- Proszę – powiedział, siadając obok – Łazienka to pierwsze drzwi po prawej, jeśli chcesz, weź prysznic.
Wymamrotała ciche, speszone podziękowania i pospieszyła do łazienki, odprowadzana wzrokiem chłopaka. Dobrze, że nie widziała, jak bardzo było przepełnione pożądaniem. Tak naprawdę chciał wiele z nią zrobić. Błądzić dłońmi po odkrytej skórze i wywoływać te ciche westchnienia i drobne, gwałtowne dreszcze. Wiedział jednak, że wtedy by nie została, a on… naprawdę jej potrzebował. W taki czysto emocjonalny sposób. Był zdruzgotany, kiedy tylko poczuł zbliżającą się chorobę. Nie kłamał, kiedy opowiadał Darcy o sposobie, w jaki opiekowała się nim jego matka. Jedyne, czego się wstydził, to swoich łez, które na pewno wyczuła. Miał nadzieję, że nie przyjmie tej sytuacji za normalną, bo naprawdę chciał, aby była jednorazowa. Czuł wystarczającą frustrację, związaną z dziwnym uzależnieniem, jakie miał na tle Darcy. Nie chciał zagłębiać się w to jeszcze bardziej, naprawdę nie.
Zdawał sobie jednak sprawę, że tą prośbą wcale sobie nie pomógł, wręcz przeciwnie.
Wróciła do niego po niecałej połowie godziny, pachnąc… no cóż, nim. Sposób, w jaki ich zapachy mieszały się na jej skórze sprawił, że niezwłocznie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ponownie ją do siebie przyciągnął i przyjął poprzednią pozycję.
- Lubię sposób,w jaki wyglądasz w moich ciuchach – wymruczał, tym razem rozmyślnie przesuwając wargami po jej odkrytej szyi. Ciche westchnienie było dokładnie tym, czego potrzebował.
- A ja nie za bardzo – odparowała słabo, gdy stanowczym gestem pokierował jej dłonią tak, aby ponownie zaplątała się w jego lokach. Wymruczał z aprobatą, gdy lekko zacisnęła palce tuż przy skórze -  Są stanowczo za luźne.
- Przestań zrzędzić – poprosił marudnym głosem, unosząc głowę i patrząc na nią nieco z dołu. Zauważyła, że niezdrowy blask w zielonych tęczówkach nieco przygasł, co oznaczało, że gorączka spadała
 – Wyglądasz lepiej. – fachowym ruchem przyłożyła chłodną dłoń do czoła Harry’ego, a on przymknął oczy, lekko się uśmiechając.
Przez chwilę milczeli, obserwując szklany ekran. Dłoń Harry’ego powoli i na pozór nieświadomie błądziła po talii dziewczyny, a Darcy modliła się, aby nie czuł dreszczy, jakie ogarniały ją przy każdym dotknięciu. Styles także miał o co prosić siłę wyższą, aby w całej swojej łaskawości nie wysyłała jego krwi w dolne partie ciała za każdym razem, gdy Mayer w zdekoncentrowaniu zacisnęła palce na loczkach w sposób, który wywoływał w nim bardzo nieodpowiednie pragnienia.
- Właściwie to gdzie złapałeś to paskudztwo? – zapytała nagle, a mięśnie Harry’ego odruchowo spięły się pod wpływem wspomnień. Niechcianych wspomnień.
- Um… Możliwe, że za późno wróciłem wczoraj do domu. – powiedział oględnie, nie chcąc o tym rozmawiać. Uniósł głowę, zastanawiając się, jak zareaguje na jego prośbę. Darcy ze zdumieniem obserwowała, jak jego oczy ciemnieją, gdy tylko skierował je na poziom jej warg. – Darcy… Pozwól mi.
- Na co? – zapytała cicho, zaciskając ponownie palce na jego lokach. Nawet nie wiedziała, jak słabym punktem są dla chłopaka, zwłaszcza, gdy z jego ust wydobył się cichy jęk, który wprawił ją w lekkie zawstydzenie.
Nie mówiąc nic więcej, delikatnie otarł się wargami o wargi Darcy. Mayer westchnęła cicho, podświadomie napierając bardziej na miękką powierzchnię. Ich pocałunek był znacznie spokojniejszy, niż poprzednio. Usta pracowały leniwie, na zmianę zbliżając się do siebie i odsuwając. Czuli pożądanie, ale wiedzieli, że to najmniej odpowiedni moment. Wargi Harry’ego nagle ześlizgnęły się na szyję Darcy, a ta przymknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, dając mu łatwiejszy dostęp. Na początek złapał fragment delikatnej skóry pomiędzy zęby i zassał ją mocno, wywołując tym cichy okrzyk zaskoczenia. Uspokajającym ruchem położył dłoń na zaciśniętej pięści Darcy, dołączając do tego swój język. Przeciągły, stłumiony jęk był spełnieniem jego satysfakcji. Właśnie to chciał usłyszeć.
- Harry… - wyszeptała urywanym głosem – Harry… Przestań.
Posłusznie odsunął się, dmuchając zimnym powietrzem na zaczerwieniony znak. Mayer przesunęła palcami po szyi, patrząc na niego z szokiem.
- Jak ja to wytłumaczę… komukolwiek? Liamowi?
- Nikt nie zauważy – odparł beztrosko, wstając z kanapy i wyciągając do niej rękę – A nawet gdyby… nikt nie musi wiedzieć, prawda? Możemy to zachować… w sekrecie. A teraz chodźmy spać, naprawdę padam z nóg.
Nie wiedziała, dlaczego się zgodziła i przyjęła jego dłoń. Dlaczego pozwoliła poprowadzić się do sypialni chłopaka i zająć miejsce obok niego. Dlaczego nie zaprotestowała, gdy silne ramię objęło ją w talii i przycisnęło do swojego torsu, wysyłając milion małych dreszczy w dół kręgosłupa. Dlaczego pozwoliła, aby przytknął wargi do jej karku i uspokajająco muskał skórę, dopóki nie opanowała ją senność. Dlaczego zaplątała swoje nogi z nogami chłopaka, będąc tak niewiarygodnie blisko.
Jedno wiedziała na pewno. Nigdy tak bardzo nie czuła, że chce być w jakimś miejscu. I właśnie taką chwilę przeżywała.