- Ziemia do Darcy!
Mayer dopiero po dobrej chwili zorientowała się, że z drugiego końca sali macha do niej Leigh. Dzisiejszy trening był naprawdę ciężki, musiała się na chwilę zatrzymać i usiąść w kącie. Cały ten dzień nie pozwalał jej spokojnie oddychać. Właściwie… miała ten problem od niecałych siedemdziesięciu dwóch godzin – czyli od momentu, w którym otworzyła drzwi do mieszkania chorego Stylesa.
Zawsze wkładała w taniec wszystkie swoje uczucia, ale nie sądziła, że kiedykolwiek ta ekspresja może ją przytłoczyć. Nauczycielka obserwowała ją z podziwem, co zresztą podkreśliła przed wyjściem z klasy, ale Leigh przeczuwała, że coś jest nie tak. Widziała jej ukradkowe, zmartwione spojrzenia, rzucane z przeciwległego rogu klasy. Starała się nie zwracać na to uwagi i wyciskała z siebie siódme poty, chcąc po prostu… przestać myśleć. Ostatnie dwa dni prześladowały ją w każdej minucie, którą spędziła z dala od Harry’ego.
Niedzielny ranek przywitała w ciepłych objęciach śpiącego Stylesa. Jego skóra nie była już tak gorąca, jak poprzedniego dnia, dreszcze również ustały. Obejmował ją trochę luźniej, niż w momencie, kiedy zasypiali, co potraktowała jako błogosławieństwo. Przez dłuższą chwilę leżała na plecach, czując na swojej talii ciężar dłoni chłopaka i przyglądała się jego twarzy. Lekko rozchylonym, pełnym ustom, które zaledwie kilka godzin temu całowały ją z takim zapamiętaniem. Zamkniętym powiekom, od czasu do czasu drgającym lekko, jakby dręczył go jakiś sen. Rzęsy chłopaka kładły się długim cieniem na policzkach i nie wiedzieć czemu, miała ochotę ich dotknąć. Kilka loczków opadło mu nieporządnie na czoło, przez co wyglądał jak mały chłopiec.
Na samą myśl o momencie, w którym się obudzi i spojrzy na nią, czuła strach. Dlatego postanowiła wymknąć się niepostrzeżenie. Harry spał jak zabity, bardzo osłabiony gorączką. Kiedy trochę się odświeżyła i ubrała w wielkim pośpiechu, stanęła jeszcze w drzwiach jego sypialni, patrząc, jak leży na brzuchu, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Miała ochotę znowu położyć się obok, ale wiedziała, że zgubi ją to ponownie.
Nie odezwał się do niej, ani po tym, jak zapewne się obudził, ani dzisiaj. Głęboko pod skórą wyczuwała, że jest zły. Pamiętała, jak prosił, aby mu nie uciekała, a… no cóż, nie zrobiła nic innego. Wycofała się jak tchórz, w obawie przed emocjami, które rozrywały ich oboje od środka. Była tego pewna. Widziała, jak na nią patrzył i niemalże czuła wibracje w kościach, spowodowane jego zagniewanym i zachrypniętym głosem. Brak wiadomości wcale nie poprawiał jej humoru, wręcz przeciwnie – czuła strach. Musiał być wściekły i tylko czekała, aż to okaże.
Przynajmniej nie tkwiła w tej nienormalnej sytuacji, zagubiona pośród własnych uczuć, samotnie.
Potrząsnęła głową, starając się uciec przed obrazami, które podsuwał jej własny umysł i uśmiechnęła się blado do przyjaciółki. Była naprawdę wykończona, bolały ją wszystkie mięśnie, a gardło paliło od braku wody. Obserwując, jak Leigh podchodzi do niej szybko i siada naprzeciwko ze skrzyżowanymi nogami, upiła łyk wody.
- Dobra – zaczęła czarnowłosa z poważnym wyrazem twarzy – albo mi powiesz, co się dzieje, albo wyduszę to z ciebie siłą.
- Wydaje ci się – stwierdziła Darcy i nawet w jej uszach to zdanie brzmiało wyjątkowo mało przekonująco – Jest w porządku.
- Chodzi o George’a, prawda? Podoba ci się? – zapytała Leigh tak niespodziewanie, że Mayer zakrztusiła się wodą.
Jakieś dwie minuty zajęło jej dojście do siebie, a kiedy to się stało, wybuchła niepohamowanym śmiechem. Leigh obserwowała w zdekoncentrowaniu, jak Darcy kładzie się na podłodze, targana niekontrolowanym rozbawieniem. Dopiero po chwili usiadła z powrotem, ocierając łzy płynące po policzkach.
- Przepraszam –wykrztusiła, jeszcze trochę chichocząc – Boże… Leigh, nie! Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? George jest moim dobrym kolegą, ale… to wszystko!
- Na pewno? – czarnowłosa patrzyła na nią podejrzliwie – Bo wiesz, mam przygotowaną małą mowę na pocieszenie w tej beznadziejnej sytuacji.
Tym razem to Mayer spojrzała na nią ze zdumieniem.
- Co masz na myśli? To znaczy… nie mam jakiejś ogromnej samooceny, ale chyba nie jestem aż tak fatalna?
- Nie to miałam na myśli! – Leigh pospieszyła z wyjaśnieniami, czerwieniąc się lekko – Po prostu… George… No wiesz, on… raczej nie gustuje w dziewczynach, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
- Och – Darcy przez chwilę patrzyła na tańczącego nie daleko chłopaka, ubranego w obcisłą bokserkę i luźne dresowe spodnie. Właściwie jakoś nie interesowała się preferencjami swoich przyjaciół, ale… - Spoko – stwierdziła z uśmiechem, odwzajemniając spojrzenie zakłopotanej przyjaciółki – Naprawdę nie mam z tym problemu.
- No dobra – nacisk w głosie Leigh kazał przygotować Darcy jakąś lepszą wymówkę, niż poprzednio – Ale coś jest na rzeczy. Miałaś taką minę, kiedy tańczyłaś, jakby… No nie wiem, coś rozrywało cię od środka.
- Po prostu… - tkwię w chorej relacji z najpopularniejszym chłopakiem na ziemi, podczas gdy kolejny najpopularniejszy chłopak na ziemi i mój przyjaciel w jednym ma dziwne ataki zazdrości, których nie rozumiem – Wiesz, moje kontakty z ojcem nie są najlepsze i… znowu się pokłóciliśmy. A nasze awantury są raczej potężne. – westchnęła cicho, czując wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa. Kolejnego w ciągu zaskakująco krótkiego czasu – Dlatego staram się pozbierać.
- Gdybyś chciała pogadać o tym jakoś… dłużej, to jestem do twojej dyspozycji – Leigh pochyliła się w stronę Darcy i objęła ją niezgrabnie. Szatynka odwzajemniła uścisk, pozwalając, aby jej twarz wykrzywił grymas poczucia winy, gdy tylko przyjaciółka nie mogła tego zauważyć – Pamiętaj.
- Jasne – musiała jakoś wyplątać się z tej niezręcznej sytuacji, dlatego z przepraszającym uśmieszkiem podniosła się i chwyciła torbę – Przepraszam, ale muszę już spadać, jestem umówiona z przyjacielem.
- Jasne, nie ma sprawy – Leigh odwzajemniła uśmiech, zupełnie nieświadoma wyrzutów, jakie targają Darcy – Trzymaj się i do jutra, tak?
- No jasne – Mayer próbowała wykrzesać z siebie odrobinę entuzjazmu, ale cholera, naprawdę nie było łatwo.
Po prostu… chciała tylko oddychać lżej, czy to było aż tak wiele?
Ciężar przygniatający jej serce nieco zelżał, kiedy znalazła się za furtką szkoły. Powoli zapadał zmrok, dlatego niemalże od razu przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu. Zatopiła twarz w miękkim, niebieskim szaliku, aby poczuć trochę więcej ciepła.
Stopniowo oddalała się od centrum Londynu. Z każdą uliczką ilość osób malała, a cisza nabierała złowieszczego wydźwięku. Zacisnęła palce na pasku od torby, próbując uspokoić złe przeczucia, które nią targały. Po raz kolejny pomyślała o Liamie i zatęskniła za przyjacielem jeszcze mocniej. Tak bardzo chciała, żeby tutaj był, przytulając ją do swojego boku i prowadząc bezpiecznie do domu…
Była już niedaleko swojej kamienicy, tak niedaleko, że cały niepokój praktycznie ją opuścił. Przechodząc obok ciemnej bramy, prowadzącej na zaniedbane podwórko, nawet nie zerknęła do wnętrza, tak bardzo pochłonięta swoimi myślami.
I może właśnie to był błąd.
Męska dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, wciągając do środka. Strach pozbawił ją zdolności wydawania jakiegokolwiek dźwięku. Poczuła, jak uderza plecami o zimny kamień, zaraz za wejściem do bramy, tak, że żaden przechodzeń nie mógł jej zobaczyć. Nie mogła liczyć na pomoc.
Wysoki mężczyzna przycisnął ją własnym ciałem do lodowatej ściany, oddychając ciężko. Tylko, że… mogła przysiąc, że skądś kojarzyła tę sylwetkę. Te duże dłonie ze szczupłymi palcami, trzymające ją za ramiona. I dopiero wtedy, gdy zdjął kaptur, nabrała pewności.
Tych zielonych oczu, ciskających błyskawice na wszystkie strony i burzy czekoladowych loków nie mogłaby przeoczyć ani pomylić.
- Zwariowałeś? – krzyknęła słabo, jej serce nadal biło nienaturalnie szybko – Nie mogłeś zaczekać na klatce schodowej, jak normalny człowiek, tylko bawić się w jakieś napady?
On jednak zachowywał się tak, jakby w ogóle nie dosłyszał tych słów. Może faktycznie tak było. W jego głowie szumiało i wiedział tylko jedno – był zły i cholernie sfrustrowany. Znowu.
- Możesz mi powiedzieć – wycedził, z trudem powstrzymując gniew, kumulujący się w nim od wczorajszego poranka – dlaczego znowu to zrobiłaś? Dlaczego znowu uciekłaś?
- Harry… - starała się patrzeć mu w oczy, ale siła jego spojrzenia sprawiała, że miękły jej kolana – Po pierwsze, puść mnie, proszę, to boli.
Przesunął spojrzenie z jej twarzy na ramiona, wokół których zaciskał swoje palce. Przez cały szał, jaki nim kierował, przebił się promyk zdrowego rozsądku i z lekkim poczuciem winy rozluźnił uścisk.
- Teraz mi wyjaśnisz? – zapytał nieco spokojniej, przymykając oczy, aby choć trochę się uspokoić. Wszystko wymykało mu się spod kontroli, a on nie umiał zachować się inaczej, jak tylko poddać się temu. W ostatnich czasach destrukcja była jego drugim imieniem, prawda?
- Ja… po prostu… musiałam wyjść, miałam zaplanowany dzień. I tak zostałam dłużej, niż powinnam – wymamrotała, chociaż w rzeczywistości spędziła ten dzień, bezmyślnie gapiąc się w telewizor.
Jedna dłoń Harry’ego oderwała się od ramienia dziewczyny i z głuchym odgłosem wylądowała na kamiennej ścianie na wysokości jej głowy.
- Pieprzysz – jego szczęka drżała mocno, a Darcy obawiała się, aby nie wyładował na niej swojej furii w znacznie gorszy sposób – To wszystko pieprzenie, May. Nie chciałaś zostać, bo się bałaś. Tego, co by się stało, gdybyśmy obudzili się oboje. Taka jest prawda.
- Nie schlebiaj sobie, Styles – warknęła Darcy, czując w końcu odwagę, aby przeciwstawić się jego bezczelności. Chociaż miał cholerną rację – Mam prawo mieć własne życie, czy ci się to podoba, czy nie. I mam też prawo…
Nie pozwolił jej dokończyć, oczywiście, że nie. Chciał po prostu przerwać ten potok bezsensownych słów płynących z ust dziewczyny. Kolejnych kłamstw, których nie miał ochoty słuchać. Dlatego nie pytając o zgodę, wpił się w jej usta, zostawiając niedokończona zdanie i zdumiony jęk, który wyrwał się z gardła Darcy.
Nie miała tak silnej woli, jak pragnęła. Czując nacisk jego warg, wiedziała, że tęskniła tylko za tym. Za sposobem, w jaki rozchylał jej usta, wślizgując się językiem do wnętrza i leniwie je pieszcząc. Jakby mieli cholernie dużo czasu. Za sposobem, w jaki jego ręce zaciskały się wokół jej talii, nie pozwalając na ucieczkę. Dlatego nie mogła zrobić nic innego, jak tylko w desperackim geście ująć twarz Harry’ego we własne dłonie i gwałtownie odwzajemnić pieszczotę, pragnąc więcej i więcej.
Nie wiedziała nawet, kiedy jego ręce przemieściły się niżej, naciskając na skórę nieco poniżej pośladków. Nie zaprzątając sobie głowy czymś tak trywialnym jak myślenie, odruchowo lekko podskoczyła i oplotła nogami biodra chłopaka, co powitał cichym pomrukiem aprobaty. Nie zwróciła uwagi na lekki ból w dole pleców, gdy zatoczyli się, uderzając w ścianę. Liczył się tylko fakt, że był tak blisko. Że mogła go całować, mimo, że od ostatniej takiej pieszczoty minęło zaledwie dwadzieścia cztery godziny. Liczyły się jego dłonie na jej ciele i jej dłonie na twarzy Harry’ego. Tylko obezwładniająca bliskość i wymieszane zapachy miały jakiekolwiek znaczenie.
I miała ochotę zabić kogokolwiek, kto w tym momencie zdecydował się wybrać jej pieprzony numer telefonu i zadzwonić.
Cicha melodyjka rozdarła im bębenki. Harry zaklął pod nosem, kiedy jego wargi jakimś cudem dotarły do szyi dziewczyny, uporawszy się wcześniej z niebieskim szalikiem.
- Nie odbieraj – wymamrotał, przygryzając delikatnie jej skórę, co spotkało się z cichym jękiem Darcy.
Mimo to zebrała w sobie wystarczająco dużo siły, aby ponownie stanąć obiema nogami na ziemi i zwiększyć dystans.
- Harry… Pięć minut, proszę… Pięć minut – szeptała desperacko, kiedy dłonie Stylesa rozpięły guziki jej płaszcza i teraz pewnie błądziły po skórze pod luźną bluzką.
- Tylko pięć – warknął, odsuwając się i chowając twarz w zagłębieniu jej szyi – Ani minuty dłużej.
Z cichym westchnieniem zerknęła na wyświetlacz. Mogła się spodziewać, że dzisiaj zadzwoni, ale to wcale nie sprawiło, że nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej zelżał. Niczego nie ułatwiał jej Harry, który nadal napierał na nią swoim ciałem, owiewając jej szyję ciepłym oddechem. Jego bliskość mąciła jej w głowie tak bardzo, że nie potrafiła nawet zebrać myśli, co dopiero sklecić zdania.
- Darcy? – w słuchawce rozległ się radosny głos Liama, a ciało Harry’ego na ten dźwięk wyraźnie zesztywniało – Gdzie jesteś?
- Ja… Ja właśnie wracam do domu – wydukała, czując, jak wargi Stylesa znowu wędrują po jej szyi, gwałtowniej niż chwilę wcześniej. Nieświadomie wplotła palce we włosy zielonookiego, próbując złapać chociaż odrobinę dystansu i przestrzeni. – Czemu pytasz?
- To pospiesz się, właśnie czekam na ciebie pod drzwiami i szczerze mówiąc, chciałbym już wypić to, co przyniosłem – powiedział, cicho się śmiejąc.
- Um… Za… - jej głos lekko się załamał, kiedy chłodne palce Harry’ego wślizgnęły się pod jej bluzkę i dotknęły brzucha – za pięć minut będę, okej? Czekaj tam na mnie.
Po otrzymaniu radosnej zgody od przyjaciela, rozłączyła się. Nie widziała jeszcze twarzy Harry’ego, schowanej w jej włosach, ale było tylko kwestią czasu, kiedy będzie musiała zmierzyć się z tym gniewem. I własnym rozczarowaniem.
czytasz? skomentuj, każda opinia jest dla mnie ważna, nawet najkrótsza :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz