poniedziałek, 10 marca 2014

15.


Darcy miała nadzieję, że zazna spokoju przynajmniej przez weekend. Nie spodziewała się już żadnego kontaktu z Tomlinsonem po tym, jak zaledwie dwadzieścia cztery godziny wcześniej zostawił ją z kompletnym mętlikiem w głowie, wracając na deszczowe ulice. Chciała odpocząć, na spokojnie wszystko przemyśleć i poświęcić czas innym znajomym, których grono przez ten miesiąc zdecydowanie się rozrosło. Ale i tym razem nie było jej to dane.
O szesnastej telefon Mayer zawibrował, zastając ją w trakcie szykowania się na spotkanie z Leigh i Clarissą. Westchnąwszy krótko, złapała urządzenie, ze zdumieniem i lekkim przestrachem dostrzegając na wyświetlaczu numer Louisa. Przez chwilę miała zamiar po prostu go zignorować, ale nie trwało to zbyt długo.
- Co tam, Louis? – wymamrotała, próbując umalować dość umiejętnie drugie oko, mając do pomocy jedynie lewą rękę. Miała nadzieję, że w jej głosie nie brzmi niechęć, wywołana wczorajszą dziwną rozmową.
- Darcy, zabij mnie, kiedy tylko będziesz miała ochotę – ton Tomlinsona był błagalny, a palce dziewczyny znieruchomiały kilka centymetrów od twarzy – ale mam do ciebie wielką, masywną i piekielnie ważną prośbę.
- Użyłeś tylu określeń, że chyba to naprawdę musi być ważne – kąciki ust Darcy uniosły się do góry, gdy przysiadła na komodzie, tyłem do lustra, całkowicie skupiona na rozmowie – O co chodzi?
- O Harry’ego – identyczne stwierdzenie usłyszała wczoraj i jakoś nie miała w związku z tym zbyt dobrych wspomnień.
- Lou, jeśli chcesz mi znowu powtórzyć to, co wczoraj, to ja naprawdę… - zaczęła Darcy, wzdychając ciężko. Nienawidziła sposobu, w jaki oddziaływało na nią samo imię chłopaka z burzą kręconych włosów.
- Nie, nie, nie, spokojnie – przerwał jej pospiesznie – Wiem, że jesteś bystra, poza tym nie lubię tego robić. Chodzi o to, że naprawdę nie mam kogo prosić o pomoc. Liam jest w Wolverhampton, co pewnie wiesz, Perrie i El też wyjechały z Londynu, a jego rodzina… nie mają najlepszych kontaktów ostatnio, więc…
- Louis – wtrąciła się Darcy, nie mogąc powstrzymać pełniejszego uśmiechu, mimo niewątpliwie niezręcznej sytuacji – przestań się tłumaczyć i powiedz po prostu, o co chodzi. Krótko, chyba nie masz zbyt wiele czasu.
- Racja – ulga w głosie chłopaka była zauważalna nawet przez słuchawkę telefonu – Musimy jechać na wywiad pod Londynem, a Harry… złapał jakieś paskudztwo, leży od południa z gorączką i nie wiem, co mam zrobić… Nikt nie może z nim zostać, on twierdzi, że nie potrzebuje pomocy, co jest, oczywiście, bzdurą. Dlatego… mogłabyś do niego wpaść? Wiesz, sytuacja jest dość delikatna jeszcze z jednego powodu.
- Jakiego? – palce Darcy lekko zacisnęły się na telefonie.
- On nie choruje za często, ale kiedy już tak się stanie… zawsze przyjeżdżała Anne, więc tym bardziej… jest ciężko. Proszę cię, pojedź do niego, przynajmniej na godzinę. Będę cię nosił na rękach do końca życia.
Przez chwilę pomiędzy nimi zapadła cisza. Darcy prędko rozpatrywała wszystkie za i przeciw, postukując nerwowo stopą w podłogę. Sukcesywnie unikała chłopaka przez ponad tydzień, ale teraz wszystko miało wziąć w łeb, ponieważ, no cóż, znowu musiała pomóc przyjacielowi. Louis po drugiej stronie czekał cierpliwie, wiedząc, że z wielu względów jest to dla niej trudna decyzja. Nie miałby pretensji, gdyby odmówiła, ale musiał spróbować. Była jego ostatnią deską ratunku.
- Dobra, zaraz się zbiorę i do niego pojadę. Wisisz mi kawę przez miesiąc, jasne? I podaj adres – usłyszał w końcu jej ciepły głos i odetchnął z ulgą.
- Jesteś wielka, Darcy.

I tym sposobem, niespełna godzinę po telefonie Tomlinsona, stała pod drzwiami Harry’ego. W jednej dłoni taszczyła reklamówkę z tym, czego najbardziej potrzebuje człowiek pogrążony w gorączce, a drugą walczyła z kluczami. Louis zostawił jej swoją zapasową parę w skrzynce na listy, więc przynajmniej nie musiała dobijać się do drzwi jak nienormalna. To zdecydowanie czyniło tę sytuację bardziej komfortową.
Powitał ją cichy dźwięk telewizora, dochodzący z głębi mieszkania oraz zapach. Zapach Harry’ego. Połączenie piżmowej woni, wody po goleniu i… ciepła? Jeśli w ogóle mogło mieć zapach, to tak właśnie je sobie wyobrażała. W korytarzu panował bałagan, starała się więc ostrożnie wymijać porozrzucane po całej podłodze buty, gdy niemalże po omacku szukała kuchni. Odczuła ulgę, gdy zerknęła w bok, trafiając na bardzo nowoczesne pomieszczenie, utrzymane w stali i chromie. Nie zamierzała się z nim od razu witać, najpierw chciała pozbyć się niewygodnego bagażu. Powoli rozpakowała zawartość reklamówki, wystawiając na blat butelkę syropu malinowego, garnuszek z rosołem, baterię leków na przeziębienie i siatkę cytryn.
W końcu, gdy wiedziała, że nie ma nic do roboty, dopóki nie zobaczy, w jakim Styles jest stanie, z łomoczącym mocno sercem skierowała się tam, skąd dobiegał dźwięk telewizora. Intuicja jej nie zawiodła – znad oparcia kanapy na wszystkie strony sterczały brązowe loki, wystające spod kołdry, którą dziewiętnastolatek był okutany pod szyję. Zauważyła, że lekko się trzęsą i bała się myśleć, z jakiego powodu.
Najwyraźniej usłyszał ruch, bo obrócił się gwałtownie w jej stronę. Wyglądał naprawdę źle. Jego odkryte ramiona trzęsły się mocno, miał zaróżowione policzki ze smugami łez i błyszczące, nieco mętne oczy. Na widok Darcy pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Chyba zaczynam mieć halucynacje – wymamrotał jakby do siebie, podciągając kołdrę pod brodę.
Musiała przyznać przed sobą, że ten smętny widok łamał jej serce na tysiące drobnych kawałeczków. Miała cholerną ochotę po prostu go do siebie przytulić, wszystko spowodowane fatalnym stanem. Wiedziała, dlaczego płakał i to także sprawiało, że sama czuła uporczywe pieczenie pod powiekami. Odetchnęła głęboko, zanim odpowiedziała, nie chcąc, aby jej głos zadrżał:
- Żadne halucynacje, Styles. Dzwonił do mnie Louis, prosił, żebym wpadła i sprawdziła, co z tobą. Widzę, że nie najlepiej.
Uśmiechnął się niewyraźnie, wzruszając ciągle mocno drżącymi ramionami.
- Bywało gorzej. I oczywiście ty, siostra miłosierdzia, spełniłaś jego prośbę?
Puściła mimo uszu tę słabą ironię, wypowiedzianą mocno zachrypniętym głosem. Starała się nie zwracać uwagi na sposób, w jaki jego tembr przenikał jej kości, wywołując przyjemne wibracje. Starała się nie zwracać uwagi, że nie ma na sobie koszulki, okryty jedynie kołdrą.
- Nie chciałam mieć cię na sumieniu, a podobno naprawdę byłam ostatecznym wyjściem. – stwierdziła obojętnie, robiąc krok do tyłu, kiedy zielone oczy chłopaka przenikały ją na wskroś – Zostań tutaj, za chwilę coś ci przyniosę.
Nie czekając na odpowiedź, wycofała się do kuchni, usiłując nie myśleć o przepięknych obojczykach chłopaka, tak perfekcyjnie uwydatnionych. Zauważyła, że ma bardzo dużo tatuaży i nagle zupełnie przestały jej przeszkadzać. Do niego pasowały idealnie. Drżącymi dłońmi włączyła kuchenkę elektryczną i postawiła na palniku garnuszek z zupą, od czasu do czasu mieszając. Wstawiła także wodę na herbatę, która była chłopakowi niewątpliwie potrzebna. O dziwo, jego kuchnia, w przeciwieństwie do reszty, była niemalże chorobliwie czysta. I do tego wyglądała na używaną, co się chwaliło, zwłaszcza w przypadku mężczyzn.
- Tak, lubię gotować, jeśli się nad tym zastanawiasz – z zamyślenia wyrwał ją niski, grobowy głos chłopaka.
Odwróciła gwałtownie głowę w jego stronę, ostatkiem sił tłumiąc żałosny pisk, jaki chciał się wyrwać z jej ust na widok przed sobą.  Harry opierał się o framugę drzwi, starając się nie trząść. Mimo wszystko nadal wyglądał cholernie seksownie, ubrany jedynie w ciasne spodnie, opadające mu do połowy bioder i uwydatniające idealny spadek w kształcie litery V. Obejmował się ramionami, chroniąc przed zimnem, ale i tak na jego ustach igrał triumfujący uśmieszek.
- Po prostu się rozglądam – wymamrotała, odwracając się z powrotem, próbując ukryć swoje rumieńce.
Tym razem nie zobaczyła go, ale raczej poczuła. To zdecydowanie było odpowiednie słowo. Stanął tuż za nią, owiewając jej kark gorącym oddechem, a dłonie spokojnie ułożył na blacie po obu stronach jej ciała. Starała się stłumić bolesny skurcz w podbrzuszu, wywołany tą bliskością, przed którą jednocześnie uciekała i z całych sił pragnęła.
- Pomóc ci w czymś? – zapytał cicho, z ustami tak blisko skóry Darcy, że niemalże pieścił jej powierzchnię. Jak na swój stan, wydawał się cholernie świadomy pewnych czynów.
- Świetnie sobie radzę – powiedziała drżącym głosem – Możesz po prostu usiąść i mnie… nie rozpraszać?
- Uznam to za komplement – odparł rozbawiony, dając jej odrobinę tak potrzebnej przestrzeni – Właściwie… nadal nie rozumiem, dlaczego się zgodziłaś. Myślałem, że mnie unikasz.
Nie odpowiadała przez chwilę, mając nadzieję, że milczeniem jakoś uniemożliwi tę bezowocną dyskusję. Właściwie… nie wiedziała, co powiedzieć. Zdawała sobie sprawę, że miała wybór i dokonała go w taki, a nie inny sposób. Prawda była taka, że jego dotyk prześladował ją każdego cholernego dnia. A nawet najmniejsza czułość ze strony Liama, chociażby objęcie czy splecenie palców wprawiała jej ciało w palącą frustrację, której nie umiała zatrzymać. Dlatego teraz… dziwnym trafem czuła po prostu ulgę i to ją przerażało. Jakby fizycznie zaczynała się uzależniać od obecności tego tajemniczego, pogubionego chłopaka. Myślała, że unikając go, rozwiąże problem, ale on… tylko się nasilił, nie pozwalając spać. Nie pozwalając normalnie funkcjonować.
- Darcy – odezwał się z naciskiem, przerywając ciszę – Nie ignoruj mnie. Tak bardzo tego nienawidzę.
Frustracja w jego głosie nie pozostawiła Mayer żadnego wyboru. Odetchnąwszy cichutko, odparła, udając bardzo zajętą dokładnym nalewaniem zupy do miseczki:
- Miałam bardzo dużo pracy.
- Och, tak? – mogła przysiąc, że jego brwi uniosły się wysoko, znikając za loczkami opadającymi na czoło – Tak bardzo dużo, że jakimś cudem Liam przesiadywał u ciebie niemalże dzień w dzień? I dla George’a jakoś zawsze byłaś wolna.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi – wymamrotała, nieruchomiejąc nad parującym naczyniem i zaciskając powieki w desperacji. Jeśli teraz się odwróci i natrafi na to spojrzenie, wszystko się posypie.
- Spójrz na mnie. – zażądał ochryple – Odwróć się i spójrz na mnie, do cholery.
Bezwiednie spełniła jego prośbę. I stało się dokładnie tak, jak myślała. Zagubiła się w spojrzeniu pociemniałych od desperacji tęczówek, gdy stał przy niej, zaciskając dłonie w pięści. Jego szczęka drżała, ujawniając, jak bardzo ta sytuacja go obchodzi.
- Doskonale wiesz, o co mi chodzi, Darcy – od jego ciała bił nienaturalny żar, a oczy błyszczały nie tylko wściekłością, ale i gorączką – Unikasz mnie od tamtej imprezy. A wiesz, dlaczego? Ponieważ ci się podobało. Tak samo, jak mnie. I gdyby Louis nie wszedł… skończyłoby się zupełnie inaczej, prawda?
Pokręciła głową, tłumiąc sfrustrowany jęk, kiedy niemalże przyparł ją swoimi biodrami do szafki, chwytając dłońmi w talii.
- Harry – wymówiła cicho jego imię, a on w odpowiedzi mruknął, poruszając się delikatnie, jakby sprawiło mu to przyjemność – Błagam cię, daj mi sobie pomóc. I przynajmniej o tym nie rozmawiajmy. Nie teraz, dobrze? Po prostu… nie teraz, kiedy jesteś w takim stanie.
Oparł swoje czoło o czoło Darcy, oddychając ciężko. Wystarczyło tak niewiele, jedynie unieść się na palcach i dotknąć jego ust własnymi, zrobić to, czego naprawdę pragnęła. Ale wiedziała, że nie może tego zrobić, za żadne skarby świata. Obydwoje zabrnęli w tej chorej historii stanowczo zbyt daleko.
- Po prostu… nigdy więcej przede mną nie uciekaj. Nie rób tego – wymamrotał, a ona nie umiała nawet znaleźć na to odpowiedzi.
Dopiero gwizd czajnika wyrwał ich z transu. Harry odsunął się powoli, a w jego ręce znalazła się jakimś sposobem miska z gorącym jeszcze rosołem. Podczas, gdy ona zalewała drżącymi dłońmi dwa kubki herbaty, on wyszedł do salonu, wiedząc, że niedługo się tam pojawi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz