środa, 12 lutego 2014

14.

I nie spodziewajcie się, że sytuacja Darcy i Harry'ego tak szybko się rozwiąże - jeszcze trochę pomęczą i siebie, i Was :D <demoniczny śmiech>


Nie widział jej tydzień. Cały pieprzony tydzień. Nie wiedział, jak właściwie było to możliwe. Mieli tych samych cholernych znajomych, z którymi spotykali się momentami aż za często. Zawsze umiała znaleźć wymówkę, aby nie wylądowywać w jego towarzystwie na więcej niż pięć minut. Kiedy już, jakimś cudem, to się stało, uciekała wzrokiem, a jej twarz wykrzywiało poczucie winy. Dokładnie to. Cholerne poczucie winy.
Frustracja narastała w nim stopniowo, dzień za dniem. Nie wiedział, dlaczego właściwie ma taki problem. Spotykał wcześniej wiele innych dziewczyn, całował się z podobną ilością i jakoś umiał przejść nad tym do porządku dziennego. Z Darcy… wszystko wyglądało inaczej, od samego początku. Jednocześnie irytowała go, doprowadzała do szewskiej pasji i cholernie pociągała. Tak bardzo, że tamten pocałunek był dopiero niewielkim kamyczkiem, który wywołał całą lawinę. Tak, dokładnie tak trzeba było to nazwać.
Naprawdę starał się pozostawać w jakiejkolwiek równowadze. Nie uderzyć najbliżej stojącej osoby. Naprawdę się starał. Codziennie rano wstawał o określonej porze, szedł do studia, by nagrać kolejny kawałek, ignorował potrzebę wyładowywania agresji, wracał do domu i znajdował sobie jakieś zajęcie na wieczór.
Ale kiedyś… kiedyś musiał wrócić. Położyć się do łóżka, zamknąć oczy, a wtedy… wtedy znowu miał ten obraz przed oczami. Już nie tylko jej twarzy, to wydawało się teraz tak cholernie proste. Nie. Przed jego oczami, niczym w zwolnionym tempie, przesuwały się kolejno sceny z pokoju gościnnego w domu Louisa. Jej usta. Ciepły oddech owiewający jego obojczyki, gdy pochylał się, aby złączyć ich wargi. Smak i fakturę jej ust, gdy wreszcie zrobił to, czego tak bardzo pragnął. Na początku kierował się wyłącznie potrzebą przerwania potoku mądrości, jakie z niej wypływały. Była tak cholernie empatyczna. Ale potem… potem nie chodziło tylko o to. Chciał zatrzymać ten moment i czerpać z niego pełnymi garściami. Jeszcze raz. I kolejny. I właśnie to sprawiało, że każdej nocy kończył, samodzielnie się zaspokajając i dochodząc z krótkim jękiem w pustym łóżku. Nienawidził tego, ale za każdym razem, kiedy jego dłoń obejmowała naprężonego członka, czuł przynajmniej namiastkę ulgi. A potem wszystko zaczynało się od początku, niczym błędne koło. Zaczynał wariować, był tego pewien.
I jeszcze Louis, który nieustannie wodził za nim spojrzeniem, nic nie mówiąc. To było nawet gorsze od wiecznego wymądrzania się. Wtedy przynajmniej mógł go jakoś zgasić, cokolwiek, ale teraz? Co właściwie miał powiedzieć? „Stary, przestań się na mnie gapić, do cholery?”. Wtedy nie tylko on myślałby o sobie w kategorii kompletnego świra.
Z Liamem także prawie się nie widywał, nie mówiąc już o spokojnej rozmowie. Wiedział, że Payne nie jest świadomy powodów jego nastroju, przynajmniej nie w całości. Najczęściej wieczory spędzał z Darcy i jej znajomymi z uczelni, a jeśli przychodził już na spotkania zespołu, to sam. Ponieważ jego przyjaciółka była „bardzo zajęta”. Tak, Harry wiedział, co zabierało jej tyle cennego czasu. Unikanie go.
Dlatego dzisiaj, czując, że jego frustracja zaczyna osiągać poziom krytyczny, zdecydował się na najstarsze w świecie rozwiązanie. Jakimś cudem wyciągnął Nialla, jedynego oprócz niego niesparowanego członka One Direction, do klubu. Miał zamiar napić się i wyrwać jakąś dziewczynę, żeby zapomnieć. Skoro nie może rozwiązać tej sytuacji w inny sposób… będzie musiał po prostu odpuścić i wrócić do starych zwyczajów.
I w taki oto sposób znalazł się w jednym z podrzędnych klubów, gdzie prawdopodobieństwo spotkania światowej gwiazdy było tak niewielkie, że od lat nie zagościł tu ani jeden wóz dziennikarski. Siedząc na skórzanej kanapie i sącząc drinka, obserwował uważnie ludzi zgromadzonych na parkiecie. Niall zniknął już jakąś godzinę temu, beztrosko porzucając przyjaciela w towarzystwie rozchichotanej brunetki. Harry mógł tylko domyślać się, dokąd poszli. Z trudem powstrzymał się od wywrócenia oczami i duszkiem dopił resztę alkoholu. Ognista ciecz powoli rozpłynęła się po jego żyłach, dając cudowne poczucie odprężenia.
I wtedy właśnie podeszła ta dziewczyna.
Nie była może wybitnie piękna, ale też nie odrażająca. Ponętnie kręciła biodrami, ubrana wyjątkowo skąpo. Harry odruchowo wyprostował się, a z jego gardła wydobyło głębokie mruknięcie. Właśnie tego teraz potrzebował.
I była tak bardzo bezpośrednia. Przygryzając pełną, uszminkowaną wargę, bezceremonialnie usiadła mu na kolanach, ręce zaplatając wokół szyi. Czuł woń alkoholu i wiedział, że pójdzie naprawdę prosto. Przysunął się lekko, nosem trącając skórę w zagłębieniu jej szyi.
- Nie powinieneś siedzieć tutaj tak zupełnie sam – mruknęła, zdejmując jedną dłoń z jego karku i przesuwając nią po rozporku. W odpowiedzi pojawiło się tam niewielkie wybrzuszenie, a nawet Harry był zaskoczony, jak łatwo mu to przychodzi. Jedynym problemem była tylko ta cholerna twarz Darcy przed oczami, ale przecież zniknie, prawda?
- Dlaczego nie? – odpowiedział retorycznie, kładąc swoje dłonie na jej biodrach i lekko zaciskając – Poza tym już nie jestem sam. I mam nadzieję, że to się nie zmieni.
- Och, zdecydowanie nie. – powiedziała zmysłowo, co w odczuciu Harry’ego było nieco kiczowate, ale postanowił puścić to w niepamięć. Nachyliła się mocno i wyszeptała mu do ucha, pieszcząc wargami małżowinę – Mieszkam dosłownie piętro wyżej. Skorzystasz?
Mocniejsze zaciśnięcie palców na materiale bluzki miało być odpowiedzią. Bez słowa wstała z jego kolan i pociągnęła za rękę. Dał się poprowadzić, nie wiedząc, czy będzie tego później żałował.
To wszystko było… zbyt proste. Zbyt łatwo przecisnęli się przez klub w kierunku wyjścia, nie zwracając na siebie uwagi. Zbyt łatwo dostali się na pierwsze piętro, na ostatnich stopniach zachłannie całując. Zbyt łatwo wtargnęli do jej mieszkania, potrącając przedmioty, które stanęły im na przeszkodzie, gdy nieznajoma dziewczyna umiejętnie kierowała ich do swojej sypialni. Zbyt łatwo pozbył się jej skąpych ciuchów, a ona zbyt łatwo opadła na kolana, aby go zadowolić. Ta myśl, poza niewątpliwą przyjemnością rozpierającą jego umysł, krążyła mu cały czas po głowie.
Wszystko poszło zbyt łatwo.
Jak na jego gust, wydawała z siebie zbyt dramatyczne dźwięki, kiedy się odwdzięczał. Jej krzyk, gdy pchnął ostatni raz, niemalże rozdzierał bębenki. Wolał ciche jęki i westchnienia, gdy błądził palcami pod koronkową niebieską sukienką, błyszczące oczy i tę atmosferę cholernego napięcia wypełniającego każdą komórkę ciała. Byłby idiotą, jeśli skłamałby przed samą sobą, że nie miał przed oczami twarz Mayer. Przez cholerną większość czasu. To dzięki temu aż tak się pobudził, nieznajoma dziewczyna sama w sobie była na to zbyt przeciętna.
Poczuł jej dłoń na swoich plecach, gdy siedział na skraju łóżka, zapinając zamek błyskawiczny dżinsów. Okazało się, że była znacznie bardziej pijana, niż na początku mu się wydawało. Poczuł, jak jego mięśnie odruchowo się napinają pod niechcianym dotykiem. Myślał, że rozwiąże swój problem, tymczasem jeszcze bardziej go nasilił. Ponieważ miał pieprzone porównanie.
- Wychodzisz? – niemalże wybełkotała półprzytomnie. Wiedział, że za chwilę zapadnie w sen, a następnego dnia nie będzie za wiele pamiętać. Widocznie miała to w zwyczaju.
- Tak. Muszę wracać – wymamrotał, narzucając na siebie koszulę i pospiesznie zapinając guziki.
- Nigdy nie zostajecie, prawda? – jej głos, chociaż niepewny, był zaskakująco spokojny.
- Nie ja – odparł cicho, odwracając się i dla przyzwoitości lekko całując ją w czoło – Trzymaj się, było naprawdę… miło.
Klął pod nosem, kiedy zamykał za sobą drzwi mieszkania. Jego ostatnie słowa były żałosne, ale na nic więcej nie potrafił się zdobyć. Przez chwilę opierał się o drewnianą płytę, oddychając głęboko. Był idiotą, jeśli sądził wcześniej, że przypadkowy numerek w jakikolwiek sposób rozwiąże jego problem.
Ponieważ istniało jedno wyjście. O intensywnie niebieskich oczach i cudownym ciele. Kompletnie dla niego niedostępne.


***

Ten rok mógł uznać zdecydowanie za najgorszy w swoim życiu.
Darcy siedziała na kanapie, okryta wełnianym kocem. Zamierzała obejrzeć jakiś film, ale skończyło się tak, jak każdego poprzedniego dnia – wpatrywała się tępo w ekran, nie mając pojęcia, o co chodzi, a ściskany w dłoniach kubek z herbatą powoli tracił ciepło. Mimo najusilniejszych prób, nie mogła uwolnić się od obrazów z zeszłego weekendu. Prześladowały ją we śnie i na jawie, paląc nieokreśloną tęsknotą. Unikała Harry’ego jak tylko mogła, wiedząc, że każda dodatkowa chwila sam na sam skończyłaby się tak samo. Była tego niemalże pewna, a to pogłębiało pragnienie i wyrzuty sumienia.
Ten wieczór postanowiła spędzić samotnie. Liam wyjechał na weekend do Wolverhampton, aby zobaczyć się z rodziną. Chciał zabrać ją ze sobą, ale znalazła jakąś wymówkę i mogła teraz cieszyć się samotnością. Przywoływać wspomnienia tych zielonych oczu i szorstkich, pełnych ust, napierających na jej własne. Odruchowo zacisnęła palce na materiale koca, mocno go gniotąc.
Z zamyślenia wyrwał ją natarczywy dzwonek do drzwi. Przez chwilę wpatrywała nierozumnie w kierunku korytarza, kiedy jednak dźwięk się ponowił, z cichym westchnieniem odrzuciła pled i podreptała do drzwi. Miała nadzieję, że to nie będzie ta osoba, o której przed chwilą… przez cały czas myślała.
A może było zupełnie odwrotnie?
Zamiast tego ujrzała przenikliwe niebieskie oczy, spoglądające na nią spod karmelowych włosów, z których ściekały krople deszczu. Zastanawiała się, dlaczego Louis fatygował się aż tutaj w piątkowy wieczór. I odpowiedź mogła być tylko jedna Poczuła się nagle wyjątkowo niekomfortowo w spranych dżinsach i wyciągniętym swetrze, zwisającym jej z jednego ramienia. Cofnęła się jednak do tyłu, robiąc przejście.
- Wejdź – wymamrotała, spoglądając na niego niepewnie – Napijesz się czegoś?
Skinął głową, zdejmując przemoczoną kurtkę i strzepując deszcz ze zmierzwionych włosów. Bez słowa poprowadziła go do kuchni, czując coraz większą gulę w gardle. Tomlinson uważnie obserwował, jak nalewa mu herbaty, cały czas irytująco milcząc.
- Jest jakiś powód twojej wizyty czy po prostu będziesz sobie tak siedział? – wybuchła w końcu, po czym zarumieniła się lekko, widząc, jak wargi chłopaka drgają w rozbawieniu – Przepraszam, po prostu… od wejścia nie powiedziałeś ani słowa i to trochę dziwne.
- Jasne, że nie – pokręcił głową, rozrzucając wokół siebie jeszcze kilka kropel wody – Jest powód, dla którego tutaj przyszedłem.
- Słucham – spojrzała na niego wyczekująco, usiłując zdusić wszelkie złe przeczucia, co naprawdę graniczyło z cudem.
- Chodzi o Harry’ego – powiedział po prostu, a jej serce w ułamku sekundy się zatrzymało.
Miała nadzieję, że nie widać było na jej twarzy szalejących emocji. Pochyliła się lekko w kierunku Tomlinsona, zaciskając mocno palce na kantach blatu. Podświadomie wiedziała, że na tym się skończy, co wcale nie uczyniło sytuacji łatwiejszą.
- To znaczy? – zapytała ostrożnie.
- O tamtą sytuację – uściślił, uważnie błądząc wzrokiem po jej zarumienionej twarzy – Nie widzieliśmy się, ponieważ najwyraźniej próbujesz go unikać, a ja miałem udawać, że nic się nie stało, ale… to nie jest takie proste, Darcy.
- Dlaczego? – potrafiła wykrztuszać z siebie tylko kilkusylabowe zdania. Całą jej uwagę pochłaniało uspokajanie szybko bijącego serca.
- Ponieważ on zaczął wariować. Jeszcze bardziej, niż zwykle. Nie wiem, co między wami zaszło, ale coś musiało, skoro widzę, że ma ochotę przyjebać każdemu, kto znajduje się promieniu metra.  – stwierdził, odchylając się lekko na krześle z uniesionymi brwiami.
- Czekaj… co? – wykrztusiła Mayer, gwałtownie łapiąc powietrze – To niemożliwe, on… on ma naprawdę wiele problemów, doskonale o tym wiesz…
- On spada na dno, Darcy – powiedział Tomlinson ze smutkiem w oczach – Taka jest prawda. Nie wiem, czy dostrzega to reszta, ale ja znam go zbyt dobrze. Ciągłe imprezy, alkohol, dragi… Naprawdę niewiele mu potrzeba. Mam wrażenie, że… świadomie czy nie, ale jesteś dla niego jakimś kołem ratunkowym.
- Louis… - Darcy spojrzała na niego jak na idiotę – On mnie nie cierpi. Uważa za przemądrzałą córeczkę tatusia, co nie jest prawdą. To niemożliwe.
- Nadużywasz tego słowa – wytknął jej z uśmiechem, ale nie trwało to zbyt długo – Harry jest pogubiony, a ty… chce tego, czy nie, jesteś ostatnim bastionem normalności, rozumiesz? Ta rozmowa zostanie między nami, ale błagam, przemyśl to. Może jesteś jedyną osobą, która będzie w stanie go uratować.
Wstał, przytulił ją lekko i tak po prostu opuścił mieszkanie, zostawiając niedopitą herbatę i Darcy, w stanie permanentnego szoku. Nie mogła uwierzyć w te słowa. Niby jakim cudem, miała być dla niego wybawieniem?

To niemożliwe. Znowu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz